Ciężki dzień

20 sierpnia, 2005

Praca, praca i jeszcze raz praca. Oczywiście w kulturalny sposób powiedziane, bo inaczej można to ująć tak: zapierdziel, jakiego mało. Nie dość, że trwa 10 godzin, nie licząc przerwy na obiad. Bardzo długiej, wpływającej na kondycję, różnoraką, zakładu - 10 minut. Tyle mam na zjedzenie ohydnej zupy, do tego chleb (jako, że nie jadam smalcu, więc suchy). Co przed i co po obiedzie? Za-pier-dziel!

Dzisiejszy dzień obwfitował w bardzo "śmieszne sytuacje" - najpierw zerwała się taśma, później spalił się silnik, etc. Taka zła passa trwała do godziny 14 (a trzeba jeszcze nadmienić, że pracę zaczynam o godzinie 10). Przez te całe, okrągłe godziny nie udało się nawet rozładowac jednego transportu (a kierownik powiedział, że codziennie będzie zwiększał ich ilość - z 3, 4 do 7, 8). Gdy już się zaczęło wszystko układać, ja się wczułem i pracowałem, szczerze, sumiennie przychodzi kierownik i mówi - jak się nie polepszycie, poniedziałek to wasz ostatni dzień! Myślę sobie - ok, ja się staram i nikt tego nawet nie doceni, a jeszcze na dodatek dostaję opierdziel, to przystopuję, zobaczę jak robią inni. A inni? Rzeczywiście nie można tego było nazwać pracą. Jeden siedział sobie oparty o barierkę, a drugi tylko udawał, że coś pracuje (dobrze, że chociaż to robił). Kierownik wpadł, ja pracowałem, jak już wcześniej wspomniałem, inni się bujali. Oni teraz dostali opr. a ja nie. Wzięli się do pracy.

Zemsta przyszłą później. Sprzątanie. Nie dość, że musiałem wykonać czynności dodatkowe, to jeszcze trzeba to było zrobić przy ich stanowiskach pracy. Oni nie są fair, to i ja nie będę. Kierownik się pyta - gdzie reszta ekipy? Jak bym chciał ich kryć, to powiedziałbym, że nie wiem. A co powiedziałem? Że poszli sobie. Bo taka prawda. Ja haruję, a oni sobie poszli. Skończyło się na tym, że poszedłem spokojnie się przebrać, a oni musieli się wracać i dostać reprymendę. I to jaką. Mam nadzieję, że teraz już pracować będę - chociaż za siebie. Nikogo innego. Po ciężkim dniu udałem się na przystanek, gdzie miałem zamiar poczekać na busa. To z resztą zrobiłem. Chwile oczekiwania umiliła mi dyskusja dwóch nastolatek - na oko 12, 13 lat. Nie będę przytaczał owej. No może malutki cytacik:

  • A ile ona uzbierała tych pieniędzy?
  • No wiesz, jakieś 30 złoty.
  • I co, i co?
  • No i zamiast wydać na paznokcie to wydała na Tomka...
  • Ale głupia, nie będzie miała paznokci, a Tomek mi mówił, że chce ją rzucić.

W autobusie, bo niedługo podjechał, siedziałem koło dwóch bardzo mocno wymalowanych pań, od których można było wyczuć perfumę. Co w tym dziwnego? A no to, że wyczuć można było z 3 kilometrów. I ten czas zleciał mi bardzo przyjemnie. Dowiedziałem się ile kosztuje noc u tych pań, jakie lubią pozycje, gdzie pracują (tzn. u jakiego bossa). A wszystko przez "niewidoczne" przysłuchiwanie się rozmowie owych.

A w domu? W domu kolacja (trzeba przyznać, że wszystko mi smakuje po dniu pracy), prysznic, prysznic, fotelik przed komputerem.

Zaraz spać trzeba... Bo ciało i umysł się tego dopominają.
Jaki wniosek z całego tego wywodu? A taki, że bolą mnie plecy i nogi.

Komentarze do wpisu "Ciężki dzień":

Jeszcze nie ma żadnych komentarzy. Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz: