Kiedyś namiętnie oglądałem Kubę Wojewódzkiego w jego programie „Kuba Wojewódzki”. Podobała mi się jego spontaniczność, umiejętność skomentowania prawie wszystkiego w zapamiętywalny sposób. Rosła mu oglądalność, stawał się coraz bardziej popularny, a zarazem coraz bardziej… nudny i przewidywalny.

Tak dziś mogę stwierdzić, że żeby trafić na dobry odcinek, trzeba mieć po prostu szczęście. Program już nie ten, prowadzący jakby inny. Dziwnie.

A może to tylko ja się zmieniłem…

Mam wielką ochotę napisać coś. Kilka rozmów… kilka zaskakujących stwierdzeń. Coraz większa ochota na coś, czego pewnie w przyszłości będę żałować. Dlatego na razie się powstrzymam. Tylko, że stan w którym trwam od dłuższego czasu… się pogłębia.

edit@23:15 Czy tylko mi GG pada w najmniej odpowiedniej chwili?!

I to tyle na ten temat

23 października, 2005

Czas między fizyką a matematyką

23 października, 2005

Kłótnia między ludźmi to naturalna rzecz. Jest wyrazem przywiązania jednostki do jej własnego zdania. Jest niejako demonstracją – „Moje zdanie jest tysiąckroć ważniejsze niż Twoje, więc się zamknij!” – siły, stanowiska, etc. Oczywiście, tak nie powinno się postępować, bo zwykło się mówić, że człowiek inteligentny swoich spraw nie rozwiązuje przy użyciu siły. A kłótnia jest siłą – nie, nie fizyczną, a taką, która czasem może zadać większe rany, niż ta poprzednia. Zastanówmy się, czy w przeszłości nie poczuliśmy się jak ostatnie dranie starając na siłę narzuć drugiej osobie swój punkt widzenia. Przez jakiś czas odczuwaliśmy wszechogarniającą satysfakcję, że to się udało, ale w pewnym krytycznym punkcie – momencie zastanowienia – dochodzimy do wniosku, że to nie było fair, odpowiednie, a przede wszystkim stosowne.

Nie potrafię sobie uświadomić, jak można nie przyjmować zdania drugiej osoby do świadomości, z góry zakładać, że się myli i, że to właśnie my mamy rację.

Ale nie o tym chciałem. Więc przechodząc do właściwego wpisu – niedawno ktoś okradł bliską mi osobę. Straciła niewiele – kilkanaście złotych i klucze do domu. Sam fakt kradzieży mnie tak strasznie irytuje, że sobie tego nie potraficie wyobrazić. Jak można brać własność drugiej osoby w taki perfidny sposób. We wcześniejszym wpisie opisywałem, jak to szczeniaki w wieku 14 lat potrafią poturbować starszą kobiecinę, która nawet szans nie ma na obronę. Gdy byłem dziś w odwiedzinach rozmowa zeszła właśnie na taki temat, czyli temat kradzieży. Dowiedziałem się, że moich dziadków okradziono już 4 razy. I zawsze to było, albo na rynku, albo w domu handlowym. Przeważnie torebka była rozcięta żyletką a ginęło, co w zasadzie zginąć powinno – portmonetka z pieniędzmi. Czy dla tych kilku złotych warto niszczyć torebkę, czy w przypadku mężczyzny, saszetkę. Odpowiedź jest prosta –
„nie moja, to warto”. Ludzie na każdym kroku dają przykład jakimi to egoistami są.

Zupełnym sku[…]em jest bicie drugie człowieka dla 10 złotych. Pewnego wieczora wychodząc z pubu (a wieczór był już w stanie zaawansowanym) zauważyliśmy ze znajomymi, że w bramie obok jakiś dwóch łysych butuje gostka, który nie miał szans na ucieczkę – tym bardziej na obronę. Nic zrobić nie mogliśmy, bo wiadomo było, że dwóch delikwentów pochodzi z dzielnicy zwanej Centrum, gdzie większość ludzi musi po prostu kręcić, żeby żyć. Ale czy to jest powód, żeby bić bezbronną osobę, czy też każdą inną. Zezwierzęcenie – inaczej nazwać tego nie potrafię. Co gorsza, dowiedzieliśmy się później, że bili go za… nic. Podobno nie spodobało im się to, jak bawił się w pubie.

Jeszcze gorszym przykładem jest, już wcześniej wspomniane, pobicie (a raczej poturbowanie) starszej kobieciny. Jak można ukraść jej miesięczną wypłatę (przepraszam – jałmużnę) od rządu, która ma starczyć od pierwszego do pierwszego. Z czego ona ma żyć, jak przetrwać ten okres?!

W czasie pracy w wakacje poznałem prawdziwy element mojego, jakże pięknego i urokliwego miasta. Ile ja się nasłuchałem, jak fajnie było się nafetować, najarać, czy też upić i iść w miasto, żeby komuś przyłożyć. Kurczę, aż im zazdrościłem tej wysokiej rozrywki, której raczej nie uświadczę w swoim życiu (chyba, że jako ofiara). Jeszcze inną ich ulubioną rozrywką było chodzenia na stadion. Powiesz – Chyba raczej na mecze. Nie, nie – mylisz się grubo. Owi „kibice” chodzili na stadion, żeby się ponapi[…]ć z kibicami i „kibicami” drużyny przeciwnej. Widowisko musiało być niesamowite. A ile niewinnych osób musiało ucierpieć w takiej wojnie na krzesełka, pałki i łańcuchy. Ale przecież mówi się – w wojnie ofiar się nie liczy.

Chciałbym się dowiedzieć, co kieruje tymi wszystkimi ludźmi. Zrozumiem, chociaż po części, że człowiek uzależniony musi zdobyć pieniądze. Ale tylko po części, po rozum podpowiada mi, że takiego osobnika trzeba by zamknąć i poddać długotrwałej kuracji. Tylko tu rodzi się pytanie – dlaczego mam płacić na taką osobę ze swoich podatków – chciała ćpać, pić, etc. to niech to robi, tym bardziej nie ma co przymuszać takowych. Ale patrząc logicznie na sprawę – jeśli wyeliminujemy taką chorą jednostkę ze społeczeństwa, to życie stanie się łatwiejsze. Więc trzeba podjąć decyzję i zdecydować się wydać jednorazowo pieniądze, czy narażać się na niebezpieczeństwo.

Od pewnego czasu powtarzam sobie, że państwo polskie (ale też każde inne) będą tworzyć ludzie inteligentni. Bo jeśli Ci, których tu opisałem, to przyszłość narodu jest… nieciekawa. Pozostaje nadzieja. Ale zaraz trzeba działać przeciw takim przejawom debilizmu. Rozmyślałem sobie tak dziś, że jakbym zobaczył, że ktoś chce mnie okraść i zaczyna to robić, to najnormalniej w świecie umysł zostawiłbym na chodniku obok, a uwolnił instynkt i zatłukłbym. Ale czy to jest wyjście z tego chorego kręgu? Bo przecież wiadomo, że przemoc rodzi przemoc.

A może moje rozumowanie jest zupełnie błędne. Ja nie wiem już sam.

O wszystkim, o niczym

23 października, 2005

Wszystko co w życiu zrobimy przyniesie nam w życiu, albo nagrodę, albo upadek, porażkę. Wszystkie nasze czyny są oznaczone parametrem z góry narzuconym nam z góry – 0 i 1 jak w świecie komputerów. Albo jest dobrze, albo źle – nie ma stanów przejściowych, kolorów szarych. Skutki działań są czarne, albo białe. To następstwa mogą, jak wcześniej napisałem, mieć odcienie szarości.

Dlatego patrz, tak Ty, jak i ja, w przyszłość i zastanawiaj się, czy dobrze robisz. Bo od nawet najmniejszej drobnostki może zależeć Twoja przyszłość. Spróbuj dostrzec, które z podpunktów planu na przyszłość mają dużą możliwość niepowodzenia. Spróbuj znaleźć alternatywę, lub w ogóle zrezygnuj. Ale czy tak jest łatwiej?

Ktoś mi powiedział, że moje wpisy są pełne agresji, zgryźliwości. Ja tego nie zauważam, bo nawet w zamyśle do takich nie dążę. Powiedział mi, że atakuję ludzi. Do tego powiedział coś mądrego – że ocenić swój własny wpis jest bardzo trudno, a to mogą zrobić tylko osoby trzecie.

Nie wiem, czy ktoś, prócz tej osoby (czyli tej, która mi to powiedziała) czuje się atakowany, poruszony, etc. Nie, na pewno moim zamiarem nie było właśnie takich tekstów.

Owszem, złośliwości i zgryźliwości nie pozbędę się przez najbliższy czas. Bardzo pasuje do tego wszystkiego cytat ze Zwodniczego punktu:

Nie znasz sytuacji.

Tak więc, tak jak mi zarzucacie ocenianie ludzi, blogów, etc. jednostronnie, tak samo Wy robicie to samo. Z tym, że zarzuty owe są tak naprawdę bezpodstawne i nie mające odniesienia do rzeczywistości. No ale cóż – niektórzy ludzie wiedzą lepiej i więcej na temat moich celów i dążeń niż ja sam…

Bo wieczór dobry jest!

22 października, 2005

Tak jak kiedyś podniecałem się każdą nową książką Dana Browna, tak teraz mogę powiedzieć, że czytając ostatnią nudzę się strasznie. „Zwodniczy punkt”, albo został źle przełożony, albo tak napisany w oryginale, że czytając chce się odłożyć ową. Już nie ma tej nowości, która była w poprzednich książkach tego autora. Nie dowiaduję się czegoś nowego na temat spisku wszechświatowego, nie ma elementu zaskoczenia. Wszystkie elementy są tu, owszem, zręcznie poskładane, ale nie ma, powtórzę po raz kolejny, „powiewu świeżości”, czegoś nowego, czegoś, co byłoby w stanie przyciągnąć uwagę czytelnika na dłużej niż 30 minut. Powielanie schematów, które się sprawdziły wcześniej to jednak nie jest dobre posunięcie, bo strasznie to irytuje i nudzi. Czytelnika, który sięga po raz pierwszy do tego autora może rzeczywiście zaciekawić i wciągnąć, ale jeśli czyta się 3, czy 4 z kolei jego książkę to jednak (niestety) jakieś tam elementy z poprzednich zostają. Możliwe są wtedy porównania i odniesienia, co pozytywnie nie wpływa na wrażenia.

Konkurs konkursu piosenki Eurowizji – czyli jak przyciągnąć kolejną porcję nicniemającychdorobotywidzów™ i wyciągnąć kasę od owych. Ja podziękuję i zagłębię nosa w książce ;-) – chociaż na te 30 minut do czasu, mam nadzieję, śmiesznej komedii w Polsacie „Formuła”.

Acha! – co do ludzi, którzy ogłaszają wszem i wobec, że opuszczają (do czasu) skromne progi joggera – mówię papa. Bo cóż innego pozostało?

Edit: To jednak nie była komedia. Ale film dobry.

Wybrednym osobnikiem jestem?

22 października, 2005

Co może być powodem przestania czytania danego bloga? Między innymi, a przede wszystkim jego treść, która już na samym początku może nas zniechęcić do owego. W takim przypadku w ogóle nie zaczniemy, więc nie będziemy mieli czego zaprzestawać – logiczne.

Drugą sprawą mogą być poglądy autora i jego pozablogowa działalność, zupełnie niezgodna z naszymi przekonaniami. Wtedy, albo porzucimy to miejsce nigdy tam nie wracając, albo z jeszcze większym zainteresowaniem będziemy czytać.

Trzecią i ostatnią według mnie sprawą jest oprawa graficzna. Nienawidzę blogów przeładowanych grafiką, gdzie wszystko się rusza, skacze i migocze. Nie lubię także blogów ciężkich, gdzie każdy ruch rolką myszki powoduje grzanie procesora. Oprawa nie musi być jasna, czy też ciemna – najważniejsze według mnie są dwie rzeczy:

  • czystość projektu
  • układ wpływający na komfort czytania

Po przejrzeniu sporej części joggów, do których odnośnik w taki, lub inny sposób wpadł mi w łapy muszę powiedzieć, że autorzy, którzy uważają, że coś wiedzą o komputerach, etc. (a powiedzmy sobie szczerze – wiedzą) niekoniecznie muszą mieć dobry styl i smak. A ich szablony całkiem skutecznie odstraszają potencjalnego czytelnika jakim jestem ja.

Ale przecież tło z fixed jest taaakie fajne…

Proces rozpoczęty

22 października, 2005

Kolejna wizyta u jakże wspaniałego lekarza laryngologa w moim wojewódzkim szpitalu. Kolejne przygody i przeżycia.

Zgodnie z umową stawiliśmy się – czyli ja i moja lepsza połowa – w szpitalu, żeby przeprowadzić badania kontrolne stanu mojego ucha. Czekając aż łaskawca się zjawi (czyt. pan doktor przyjedzie swoim srebrnym rydwanem pod drzwi szpitalne) byłem świadkiem kilku, raczej niemiłych dla rządu, samorządu i społeczeństwa dyskusji. Rozmawiała oczywiście moja lepsza połowa, a potem przyłączyło się kilka innych osób. Pierwszą, która to zrobiła, była kobietka, która przywiozła chłopaka z wypadku. Ów chłopak wczesną porą wsiadł na rower, najprawdopodobniej dojechania szczęśliwie drogą bardzo zatłoczoną przez samochody różnej maści do pracy. Jego zamiar jakże brutalnie został przerwany przez pędzącego Opla, który to potrącił chłopaka. Kierowca wykazał się jednak dobrocią ludzką i zostawił owego na ulicy, ale przedtem napisał karteczkę z imieniem i nazwiskiem oraz, jakże ważną informacją – telefonem komórkowym, półprzytomnemu chłopakowi. Szczęścia miał, że tą samą drogą jechała jego, wcześniej wspomniana koleżanka, która zabrała go do szpitala. Więc, postępując zgodnie z zasadami etyki, chłopak został przepuszczony przez wszystkich oczekujących i gdy już miał wchodzić (z czym miał trudności) do gabinetu, łaskawy pan ordynator kazał mu zdjąć kurtkę i zanieść do szatni, nomen omen – płatnej. Z pomocą drugi raz przyszła mu koleżanka, która doskoczyła i przechwyciła przedmiot sporu i powiedziała, że nim się zaopiekuje.

Następną osobą była osoba, która przyszła ze starszą babcią, na którą napadnięto w centrum miasta. Sprawcami jej złamania nosa i uszkodzono mocno twarzy okazały 14 i 15 letnie szczeniaki. Babcię przyjęto do gabinetu. A na korytarzu rozgorzała dyskusja na temat bezpieczeństwa w mieście, kraju, a dalej na świecie. Dalsze tematy dyskusji już mało wiązały się z pierwotnym.

Moje spotkanie z ordynatorem? A więc po krótkiej, ale jakże ostrej wymianie zdań i uświadomieniu mi przez owego, że jestem tylko pacjentem i się nie znam na życiu prześlijmy do badania. Najpierw ręce z kamienia, mało delikatne ruchy moją głową i komentarze mało, lub w ogóle nie związane z moim stanem zdrowia – czyli pan ordynator. Zaraz po nim delikatne dłonie, spokojne manipulowanie przedmiotem badania (czyt. moją głową) i rzeczowe pytania – czyli pani doktor. Różnica znacząca, zauważalna, a co najważniejsze – odczuwalna. Po tym całym badaniu miałem podać leki, które przepisał mi specjalista z przychodni. Ładnie spisane nazwy i ilości, które mi pozostały odczytałem. Ciszę przerwał komentarz ordynatora, że to strasznie trudne do zapamiętania było. A i owszem – było. Pominę fakt, że sam jeszcze kilka dni wcześniej kazał zapisać, żeby nie zapomnieć. Ale jak już napisałem – pominę to.

Gorąca dyskusja zakończona została oschłym pożegnaniem. Nadzieję mam tylko, że więcej tego typa nie spotkam. A jak wiemy nadzieja matką głupich, bo dobrze wiem, że za jakiś czas muszę się udać w to samo miejsce, do tego samego lekarza na kontrolę. Ale przecież to dopiero za jakiś czas więc… pozostaje mi optymistyczne podejście do życia i nadzieja (po raz kolejny), że do tego czasu coś się zmieni.

Bardzo przyjemne samopoczucie mam, gdy wiem, że wszystkiego nie wiem.

A do tego niesamowicie komfortowo czuję się, gdy w gardle gorycz i palenie rozkładających się antybiotyków.

Komplikowanie

21 października, 2005

Zastanawiam się, ile spośród (na chwilę obecną) 2569 joggów jest przez was zapamiętywana i uznawana za wartościowe. Jeśli miałbym być szczery, to z tego wszystkiego, jeśli wszystko bym sobie poukładał, to byłoby około 30. Może mniej, może więcej.

Dodatkowo jeszcze ciekawi mnie, czy miejsce w blogrollu na jakimś „popularnym” z joggów jest jakimś zaszczytem. Czy sprawia to, że dodany do listy jest bardziej szczęśliwy? Czy poprawia to samopoczucie? Co w ogóle to daje, bo jakoś nie mogę sobie tego wymyślić. Przecież to, kogo czytam jest tylko i wyłącznie moją sprawą. Czyż nie?

Podsumowanie po 1/11

20 października, 2005

Myśl za myślą goni

20 października, 2005

Z cyklu krótkich przemyśleń:

Czułeś się kiedyś tak, że leżąc męczyłeś się, czytając nudziłeś, myśląc bałeś? Czy miałeś kiedyś tak, że nie chciałeś zwracać uwagi na świat zewnętrzny? Czy miałeś kiedyś tak, że jedna myśl wracała do Twojego umysłu jak bumerang? Czy miałeś kiedyś tak, że mimo wysiłku odpowiedzi nie mogłeś znaleźć?

Dziękuję, w ogóle się nie przejąłem. W ogóle…

Myśl za myślą goni

18 października, 2005

Z cyklu krótkich przemyśleń:

Bo nie warto się śpieszyć, nawet jeśli cel ucieka nam sprzed nosa.

Jak zwykle, muszę trochę ponarzekać. Dzisiejszy dzień spędziłem na odwiedzaniu specjalistów od zdrowia, czyli potocznie – lekarzy. Konkretnie lekarzy laryngologów, czyli osób, które mają na celu umieć zajmować się naszymi nosami, gardłami (w tym krtaniami) i uszami. Ja w sumie miałem cel – wizytę kontrolną po braniu antybiotyków.

Pierwsze miejsce – poradnia. Brak kolejki, numerek pierwszy, więc całość poszła sprawnie i ładnie. Jakby tak było wszędzie, to powiedziałbym, że Polska to dobry kraj dla chorego. Lekarz ładnie mnie przebadał, rozłożył ręce i wypisał skierowanie do szpitala. Po co? – nie wiem, skoro na operację i tak się nie zapowiadało. Część pierwsza wizyty u specjalisty(ów) zakończona powodzeniem.

Krótka podróż po mieście srebrnym rydwanem (czyt. Kia Pride z rdzewiejącym bokiem) wcale mi się nie dłużyła. Ja i mój umysł byliśmy zajęci analizowaniem i myśleniem nad tym, czy jeśli zapadnie decyzja o pozostawieniu mnie na oddziale, to na to się zdecydować. Jedna część mnie mówiła – zostań, to dla Twojego dobra (czy. tak mówił mój tata), a druga – uciekaj stamtąd jak najdalej, przecież ten szpital jest brudniejszy i głośniejszy niż ulica w centrum Twojego miasta! No dobrze, powiedział sam do siebie – uspakajając jedną stronę, jak i drugą – zastanowię się poważnie nad tą kwestią. To nic, że zapadła cisza aż do bramy wjazdowej do ośrodka zdrowia, inaczej wykańczalni ludzi. Tam wraz ze swoją drugą połową (czyt. tatą) udałem się do poradni specjalistycznej. Tak, jak się spodziewałem, była kolejka. Tyle, że państwo, którzy czekali mieli skierowanie do owej poradni, a ja na oddział. Tym się różniliśmy. Logicznie rozumując, ja miałem pierwszeństwo, więc o żadnym wymuszaniu nie było mowy. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy dowiedziałem się, że lekarza-ordynatora nie ma jeszcze w miejscu pracy. No nic – pomyślałem sobie – poczekamy i zobaczymy. Minęło dobre pół godziny, kiedy szanowny pan pojawił się. Szybciutko przemknął cichaczem tak, jakby sam był pacjentem. To, co pozwoliło mi rozpoznać, że to jednak nie on, to teczka i… znajomość szyfru do zamka cyfrowego od drzwi wejściowych na oddział. Już wtedy sobie uświadomiłem, że to musi być on. Albo ktoś, kto wykradł owe, żeby później przeprowadzić atak… No tak, jak zwykle uwolnione wodze fantazji zaczęły tworzyć bardzo nierealistyczne, ale sensacyjne obrazy.

Kolejne pół godziny spędziłem na denerwowaniu się. Wszyscy, którzy mieli skierowanie do poradni już byli załatwieni (tzn. obsłużeni), a ja nadal ze swoją lepszą połową czekałem na szanownego dyrektora-dyktatora oddziału otolaryngologii. Spojrzałem na swoją lepszą połowę wymownym spojrzeniem – jeszcze tylko 5 minut. Chyba załapała, bo zaraz było słychać ściszone głosy, w których jednak wyczuwalne było napięcie – mojej lepszej połowy i pielęgniarki zarządzającej tym całym bałaganem. Kolejne pół godziny – powiedziałem sobie w duchu. Patrz – trafiłem co do minuty. Po upłynięciu wcześniej wspomnianych 30 minut słychać było – Pan XXX proszony do gabinetu. Już na wstępie powitał nas podniesiony głos pana w białym fartuchu, który później okazał się być owym oczekiwanym ordynatorem. Jak tam można, ja w pracy jestem, nie będę na każde państwa wezwanie! – krzyczał. Nie pozostało nam – mi i mojej drugiej lepszej połowie – nic innego, niż wysłuchać i wytoczyć naszą broń ostateczną, czyli argumenty. Pokazaliśmy skierowanie, które zaraz zostało odrzucone, wytłumaczyliśmy na czym sprawa polega, co też zostało zbesztane. Chwilę staliśmy tak wszyscy skonsternowani, aż wreszcie usłyszałem – usiądź. Nie, wcale pan doktor nie był delikatny. Moja biedna główka w jego rękach przypominała głowę od lalki, niż człowieka. No ale cóż – dla zdrowia trzeba się poświęcić. Pan doktor dokładnie mnie obejrzał, wysnuł wnioski, które daleko odbiegały od rzeczywistości, ale które należało też przyjąć ze spokojem. Przecież szef ma zawsze rację – prawda, która sprawdza się w polskiej rzeczywistości, jak w żadnej innej. Późniejsza rozmowa była znacznie delikatniejsza (i o dziwo, ręce doktora również delikatniej operować różnymi przyrządami, jak i moją głową). Zastanawiające, prawda?

Sterydy, które zawarte były w lekarstwie, oraz drażnienie błonnika spowodowały silne zawroty głowy. Dzień stracony powiedziałem swojej lepszej połowie, gdyż naprawdę źle się czułem. O zdziwienie przyprawiło mnie pytanie – to ty dzisiaj nie idziesz do szkoły? Chwila zastanowienia, analiza sytuacji i własnego samopoczucia i zwięzła, logiczna odpowiedź – Nie.

Po powrocie do domu zastanawiałem się jeszcze trochę nad możliwym atakiem na oddział, ale szybko mi te myśli wypędził sen. Wtedy przyszedł czas na inne, bardziej… fantazyjne (?).

Po obudzeniu się, stwierdziłem, że zostało mi 10 minut do jazdy na prawo jazdy. Zawroty głowy ustąpiły miejsca bólowi owej. No nic – pomyślałem sobie – już nie takie rzeczy przyszło mi znosić. O dziwo – bardzo dobrze mi się jeździło. Ból minął już przy pierwszym skrzyżowaniu. Ciało i umysł opanowało niepokojąco mocne rozluźnienie. Szybko przywołałem się do porządku i odbyłem jazdę, z której każdy powinien być dumny. Jeździłem wzorowo – czyli inaczej, prawidłowo.

Powrót do domu, lekarstwa, książka… Nie każdy uzna te słowa jako synonimy – ja jednak to zrobię.

Zniechęcić do szkoły można się na wiele sposobów. Można dostać złe oceny, za co winę ponosimy my sami, bo gdybyśmy włożyli więcej pracy w to, co musieliśmy przygotować, jestem przekonany, że w 90% ocena byłaby pozytywna. Można nie lubić swoich „kolegów”, bo… Bo są źli, dokuczają, są złośliwi, niedobrzy, etc. Ale z tym da się żyć. Szkołę można nie lubić, bo się czegoś wstydzimy – ubioru, wyglądu. Ale co to są za powody? Błahe, mało ważne – powiedzmy, że słabe.

Ale do szkoły bardzo mocno mogą zniechęcić nauczyciele. O ironio!

Przez ich wyniosłość, nie dopuszczanie do słowa, możliwości wyrażenia własnego zdania, często odmiennego do ich – jedynego właściwego. Dlaczego tak trudno im zrozumieć, że moje zdanie, to moje zdanie – ich, to ich. Ja szanuję to drugie, bo wiem, że mogę się ze swoimi racjami mylić. Ale na boga! – przecież oni również.

Uznawanie swojego zdania co najmniej za absolut jest dla mnie… nie do przyjęcia. (?) Pora chyba na wymianę pokoleń, bo coraz trudniej jest na się ze sobą porozumieć. I tak w sumie jest ze wszystkim (mam na myśli przede wszystkim politykę). Bo czy nie łatwiej byłoby tworzyć (w przypadku, gdy mowa o owej polityce) państwo ludziom, którzy wiedzą czego im trzeba i co najważniejsze – umieją się porozumieć.

Jeśli chodzi o szkołę – nie, wcale nie zniechęciłem się do niej. Powiedzmy, że z upływem lat systematycznie ten proces postępuje.

Bo mam dosyć was (?)

17 października, 2005

Napisz szczerze w ilu procentach mnie lubisz:

  • 0 - 29% - nienawidzę
  • 30 - 34% - nie przepadam
  • 35 - 39% - zwykła znajomość
  • 40 - 44% - nawet nawet
  • 45 - 49% - lubię
  • 50 - 54% - bardzo lubię
  • 55 - 59% - bliski kolega
  • 60 - 64% - dobry kumpel
  • 65 - 69% - extra zioom / zioom'ka
  • 70 - 74% - przyjaciel
  • 75 - 79% - bliski przyjaciel
  • 80 - 84% - nie powiem Ci, niech to będzie moja tajemnica
  • 85 - 89% - zauroczenie
  • 90 - 94% - super zauroczenie
  • 95 - 99% - miłość
  • 100% - szalona miłość

No drogie kontakty z Gadu-Gadu – jestem coraz bardziej skłonny, żeby was się pozbyć. Raz, na zawsze. :]

Ps. Jeśli robisz uśmieszki używaj n>10 nawiasów - to takie fajne.

Myśl za myślą biegnie

17 października, 2005

Z cyklu krótkich przemyśleń:

O wielkości człowieka nie świadczy czego dokonał. Świadczy jak to zrobił.

Do zapamiętania:

Przeciwieństwo dojrzałości emocjonalno-społecznej stanowi również utrwalona postawa konsumpcyjna. Jej geneza wiąże się z błędami wychowawczymi, które polegają na niedopuszczaniu dziecka do działań konstruktywnych, wymagających pewnego ryzyka, możliwości niepowodzenia w zaspokajaniu potrzeb. Dziecko, później dorastający i dorosły, czekają, aby ich wyręczyć w działaniu, oczekują świadczeń od innych na swoją korzyść i obawiają się niepowodzenia we własnych akcjach.

Dziękuję Wassago za paczkę. Przydała się (czuję, że w wolnej chwili napiszę coś większego, głębszego, niż do tej pory mi się udawało). ;-)

Myśl za myślą biegnie

16 października, 2005

Z cyklu krótkich przemyśleń:

Czemu dialogi par filmowych wydają mi się teraz takie mało naturalne?

Nie mogę zrozumieć takich osobników, którzy ignorują swojego rozmówcę. Czego to jest wyrazem, jaki mają w tym cel? Nie wiem, nie chciałbym się wypowiadać, bo nie mam o ludzkiej psychice pojęcia. Głównie chodzi mi o to, że gdy rozmawiamy z drugą osobą, to właśnie nią się powinniśmy interesować. To jej sprawy powinny być dla nas najważniejsze w tej danej chwili. Ale nie – za każdym razem, gdy coś, ktoś powie, to zaraz wtrącacie/camy/cam swoje sprawy. Czy to jest naturalny odruch – można powiedzieć bezwarunkowy?

Druga sprawa – język. Jakim piszę, jakim piszesz ty, drogi rozmówco. Staram się, owszem pisać starannie, bo to jest niejako moja Internetowa wizytówka. Nie używam zwrotów, które są modne i na czasie. Piszę tak, bo jestem tak nauczony. Czyli nie znajdziesz w sumie w moich wypowiedziach pokemonizmów i podobnych stworów. Nie, nie będę też nagminnie nadużywał słownictwa, które przez ogół jest uznane jako wulgarne (co wcale nie znaczy, że takowego w ogóle nie używam). Mówię, piszę po polsku. W Internecie, jak i w życiu realnym. Nie używam wtrąceń (albo inaczej – nie nadużywam ich), bo znam ich polskie odpowiedniki. Drugim powodem może być fakt, że nie znam za bardzo angielskiego. No ale! – przecież mógłbym używać języka niemieckiego, którego już znam w jakimś tam zadawalającym stopniu. No ale po co? Skoro znam polski, to piszę po polsku – tym bardziej, że rozmawiam z Polakiem. Niektórych, takich jak mnie np. drażni strasznie, jeśli co drugie słowo mój rozmówca wtrąca coś po angielsku. I albo muszę się domyślać, albo szukać w słowniku, o co mu chodziło. Irytuje, wierzcie.

Odbyłem rozmowę z Riddlem i muszę powiedzieć, że jego podejście do sprawy mnie zraziło do niego. Ignorant? – być może. Nie wiem w sumie. Nie interesuje mnie to.

Podsumowując – używajmy naszego ojczystego języka w jego jak najczystszej formie. Przynajmniej się starajmy tam, gdzie to możliwe. No i szanujmy drugą stronę. To już bezwarunkowo.

Spotkały się ze sobą po kilkunastu latach rozłąki. Kiedyś przebywały, jedna z drugą codziennie, po kilka godzin. Czasem więcej. Wiedziały o sobie wszystko – co lubi druga jeść, jakich perfum używa, który facet jej się podoba, z której jest on klasy, dlaczego się podoba, kiedy się z nim widziała. Dosłownie wszystko. I nie były to informacje zdobyte podstępem, czy wyciągnięte na siłę. Po prostu, jak dwie siostry opowiadały sobie, co je trapi. Bez zahamowań i zbędnych obaw – ufały sobie w 100%. Nawet do głowy każdej z nich nie przyszło, że za 10 lat mogą ze sobą nie rozmawiać. A wszystko przez mężczyznę, czyli powód, który odrzucały w swych planach na przyszłość i wobec siebie. Wmawiały sobie, że nie ma takiego samca, który byłby w stanie podzielić ich przyjaźń, która przetrwała tyle lat, tak wiele ciężkich prób. Miały nadzieję, że błogi stan, w którym trwały od początku swojej znajomości będzie trwać wiecznie. Pomyłki rzeczą ludzką – mówi się. Taka jest niestety prawda.

Cześć – powiedziała cicho Agnieszka – nie widziałyśmy się sporo lat. Co u Ciebie słychać?

Wzrok, którym kiedyś mogła przejrzeć na wylot wszystko i wszystkich, teraz miała jakby zgaszony. Niebieski oczy, w których kochali się chłopacy z klasy, teraz były puste, bez wyrazu i iskry, której jej tak zazdrościła. Nie miała pojęcia co odpowiedzieć. Przecież zwykłe „Cześć! U mnie wszystko ok.” nie było godną odpowiedzią, nawet po tym wszystkim, co się stało. Milczenie przerwał dzwonek komórki Agnieszki. Standardowy dźwięk, jego suchość i ostrość przypomniały jej cechy charakteru – zdecydowanie, przywiązanie do tradycji, brak skłonności do szaleństw. Nowoczesny model Nokii, czyli taki o którym marzyła od dawna. Mimo, że zbierała pieniądze na ów od kilku miesięcy, nadal brakowało jej więcej, niż już miała. Chwilę zastanawiała się, skąd ona może mieć tyle kasy, że pozwala sobie na takie zabawki.

Zmusiła się do uśmiechu, gdy po przywitaniu okazało się, że Kasia nie ma jej nic do powiedzenia. Tyle razy zastanawiała się, dlaczego tak się stało, że się rozłączyły ich ścieżki. Zastanawiała się i zadręczała tym co zrobiła w przeszłości. Wiedziała dobrze, że to jej wina, że to przez nią Kasia wpadła w depresję. Nie mogła się pogodzić z takim stanem rzeczy. Zadręczała się, ona również wpadła w życiowego doła. Nie pomogły wizyty u najlepszego lekarza w mieście zajmującego się tymi sprawami. Farmaceutyki działały przez jakiś czas, potem przyszło uzależnienie. Od lekarstw i alkoholu. Problemy w domu potęgowały jeszcze ten stan. Kontakt, na którym jej tak bardzo zależało nie odnowił się, nawet wtedy, gdy obie trwały w życiowym upadku. Miała co najmniej dwa wyjście – śmierć, albo niepamięć. Wybrała niepamięć, bo dobrze wiedziała, że w życiu ma jeszcze coś do zrobienia. To nie było takie proste rozstać się z Robertem, swoim mężem, z którym poznała się przez Kasię, opuścić ich wspólny dom, pożegnać się na zawsze z synem. Słowem – odciąć się od przeszłości. Teraz, gdy mieszkała w innym mieście miała nadzieję, że nigdy już nie wróci tam wspomnieniami. Okazało się, że nie tak łatwo jej to przyjdzie. Wspaniały nowy mąż, dzieciaki, dom, dobrze płatna praca. To wszystko mogła tak nagle upaść, odejść. Przez jedno ich przypadkowe spotkanie.

Kasia chwilę czekała, aż Agnieszka przestanie rozmawiać przez telefon. Padały słowa „kochanie”, „skarbie”, więc mogła łatwo się domyślić, że rozmawia z Robertem. W jednej chwili wspomnienia wróciły. Rzeczywistość, której się tak kurczowo trzymała przez ostatnie kilka lat zaszła mgłą. Myśli skierowały się na inny tor – tor zapomniany przez nią. Dlaczego tak się stało, że Robert ją wybrał, a nie mnie – zastanawiała się w myślach. Czemu tak musiało być – wiedziała dobrze, że na te retoryczne w gruncie rzeczy pytania nie będzie w stanie sobie sama odpowiedzieć. Do tego potrzebna jej była rozmowa – szczera, prawdziwa w cztery oczy, klimatem i koniecznie lampką wina. Ale z kim tu o tym porozmawiać, skoro o tym wie tylko ona i Agnieszka. Zaraz, zaraz! – przecież jest ona i jest Agnieszka – uświadomiła sobie w jednej chwili. Dlaczego nie skorzystać z okazji i nie zaprosić jej do jakiegoś pubu, gdzie mogłyby porozmawiać w sumie na neutralnym gruncie. Chwilę się zastanowiła ile ma pieniędzy w portfelu i czekała aż tamta skończy wreszcie rozmawiać. Gdy to wreszcie nastąpiło szybko coś powiedziała, coś zapisała na wizytówce, którą podała jej i odbiegła. Nie mogła uświadomić sobie, co tak naprawdę się stało.

Tego telefonu się nie spodziewała. Powiedziała przecież w pracy, żeby nikomu, pod żadnym pozorem nie dawać jej aktualnego numeru na komórkę. Zastrzegła, że kto to zrobi może się pożegnać z pracą. A, że praca była jak marzenie, nikt na to przez długi okres się nie zdobył. Kiedyś to musiało nastąpić – uświadomiła sobie. Początkowy stan pracowników w jej firmie był mały. Łatwo się nimi kierowało, miała wszystko pod kontrolą. Wszystkich dobrze znała, więc wiedziała kogo na co stać. Później, gdy ilość realizowanych i zlecanych projektów nagle wzrósł, musiała przyjąć kilkanaście osób, kierując się nie tyle przekonaniami do nich, co ich referencjami. Okres „familijnej” firmy się skończył. Zaczęła działać owa na dużą skalę. Chwilę się jeszcze zastanawiała, kto dziś siedzi w sekretariacie, ale po kilku pustych strzałach, uświadomiła sobie, że to nie ma znaczenia. Teraz tylko w głowie miała słowa „Cześć skarbie, to ja – Robert…”. Czy spotkanie byłej przyjaciółki nie wystarczy jak na jeden dzień? – myślała z wyrzutem wobec losu, który ją tak doświadcza. Rozmowa była nieprzyjemna, musiała szybko coś zrobić. Musiała jechać do domu, żeby ostrzec męża. Szybko zapisała na kartce adres i termin spotkania i podała go Kasi. Widać, że tamta stoi jakaś nieobecna, zmieszana. Nie miała jednak czasu, żeby zastanawiać się dociekać, co się stało. Biegiem udała się do samochodu, który już na nią czekał na parkingu przed domem handlowym.

Reklamówka z zakupami ciążyła jej niezmiernie. Kartka z dobrze jej znanymi zawijasami była jak kamień w kieszeni jej kurtki. W głowie miała mętlik. Wiedziała dobrze, że już nigdy się nie spotkają. Dobrze to wiedziała.

Podróż samochodem, którego ona nie prowadziła nie należała do najprzyjemniejszych. Lubiła siedzieć przed kółkiem i decydować, którędy i jak szybko chce jechać. Teraz jednak, jeśli nad tym się zastanowiła trochę, to doszła do wniosku, że taki stan rzeczy jest dobry. Nie mogłaby prowadzić. Nie teraz.

Opowiadanie, takie sobie – jako ćwiczenie. Ale jest pomysł:

  • Ci którzy mają ochotę, niech skomentują braki i niedociągnięcia
  • I jeśli jeszcze znajdą odrobinę ochoty, mogą napisać jego kontynuację (do której kontynuację napiszę znowu ja, itd.)

Jest mi źle, więc piszę na blogu

13 października, 2005

Co zauważyłem ostatnio ciekawego (czyt. do czego doszedłem później niż wszyscy)? A więc przede wszystkim zaczytałem się. W blogach, o zgrozo, nastolatek, których filozofią życiową jest zadręczanie siebie. Czyli chodzi o wpisy pełne żalu do samego siebie, do wszystkich wokół – ogólnie do całego świata. Pełno tego w Internecie, każdy wpis zawiera słowa klucze:

  • żal
  • ból
  • śmierć
  • odtrącenie
  • nieszczęśliwa
  • miłość

I tak samo, każdy z wpisów (uogólniając, czyli robiąc to, co lubię najbardziej) życie traktuje jako nic, a miłość i swoje „nieszczęście” związane z ową nieszczęśliwą stawia na pierwszym miejscu swojej hierarchii wartości. Patrząc trzeźwo i logicznie, to jest mało racjonalne podejście. Ale jeśli tak spojrzeć z perspektywy takiego „pisarza”, to rzeczywiście ich sytuacja nie wygląda za różowo (sic!).

Ale do czego dążę? Mianowicie, jak już wyżej wspominałem, zauważyłem pewną właściwość. Większość blogów w sieci leży zapomniana, nie odświeżana. Stan taki (mowa oczywiście o nie aktualizowaniu wpisów) trwa średnio miesiąc, dwa. Potem autor albo zapomina o swoim miejscu, pamiętniczku, albo przeżywa kolejną nieszczęśliwą miłość, wracając i pisząc dalsze darkwywody™.

Jeśli sobie dobrze przypominam, to na początku tego jogga pisałem właśnie taki sposób. Wstydzić mam się, czy coś? – odpowiedź jest prosta: NIE. Bo niby czego? Swojej niedorosłości w wieku 17 lat? Kolejna odpowiedź nie jest konieczna, bo aż oczywista.

PS. Odwiedzającym polecam przeładowanie bez pamięci przeglądarki. Małe zmiany w szablonie.

<ironia>

Jejku, jejku. Jaki jestem smutny bo mojego blogaska śledzi mało osób. A i komentarzy nie mam prawie wcale. To mnie tak przybija…

Kurczę, chyba zacznę pisać jakieś poważne artykuły dla publiczności, to więcej ludzi doda mnie do swojej listy blogasków.

</ironia>

Spójrz na mnie, chociaż raz. Spójrz, żebym wiedział, że o mnie pamiętasz, że wiesz, że istnieję – myślał siedząc na przerwie na ławeczce Obserwował ludzi, którzy w tej danej chwili wydawali mu się tacy mali, niepotrzebni i zbędni. Mogłoby ich tu nie być. W sumie, to po co oni tu wszyscy są?! – jego myśli nabierały tempa. Kłębiły się, zderzały ze sobą powodując małą burzę elektryczną w mózgu. Wiedział dobrze, że wszystko na czym teraz się koncentruje za 10 minut straci sens. Mimo to nie przestawał.

Wkoło przechodziło koło niego mnóstwo osób. Żadna, lub prawie żadne nie zwracała na niego uwagi. Bo i po co? – 1500 osób w szkole, więc zwracać uwagę jest na co. On dobrze o tym wiedział. Koło niego siedziało też parę osób, którzy wyglądali podobnie, jak on – zamyśleni, nieobecni, niektórzy smutni. Ale on nie był smutny. Dlaczego miałby być, przecież nie było powodu. Mimo wszystko nie był też radosny, wesoły, dowcipny – słowem normalny.

Hehe, jestem jak te nastolatki z darkblogów™ - pomyślał, śmiejąc się w duchu. Na jedną chwilę uciekł od myśli. Ale tylko na chwilę, bo zaraz gdy to sobie uświadomił, ta wróciła, jakby słyszała, że coś/ktoś ją woła. Jak bumerang wraca do właściciela, ta wróciła do jego umysłu.

Dla kolegi, który chciał mieć coś na ten styl na splashu. Aż się dziwię, że takie coś mu się spodobało.

Joggera pewnie też czytają

10 października, 2005

Ostatnimi czasy na każdym kroku spotykam się z określeniem „inwigilacja”. Każda, lub prawie każda książka Dana Browna, którą czytałem/Am ostatnio zawiera w sobie światowego podglądania, podsłuchiwania, etc. Najwięcej było tego w:

  • Cyfrowa twierdza
  • Zwodniczy Punkt

ale również możemy to znaleźć w

  • Kod Leonarda da Vinci
  • Anioły i demony

W tych dwóch ostatnich mamy z tym tematem związek nie bezpośredni, ale niektóre kwestie i o to zahaczają. Dosłownie przed momentem jednym okiem oglądałem film na Polsacie, bodajże „Wróg publiczny”. Zgadnij, co było jego tematyką? Tak, dokładnie – in-wi-gi-la-cja. Czemu jednym okiem? Bo drugim pochłaniałem kolejną książkę. ;-)

Czy to nie dziwne, że coraz częściej o tym jest mowa? Czy może jest tak, że ludzie tym się zajmujący pozwalają nam na to, bo mają przysłowiowego „asa w rękawie”. A może to tylko moje chore wyobrażenia, czy jak kto woli – teorie spiskowe.

Może zanik prądu przy serwerze Jogger.pl nie był przypadkowy? (+)

Moje zdanie jest najważniejsze! – często słyszę od paru osób. Nie pomagają tu racjonalne argumenty przemawiające za tym, że jednak to ja mam rację. Nie pomaga spokojne tłumaczenie, ani inne rzeczy, które zrobiłby każdy normalny człowiek.

Dlaczego tak jest, że człowiek nie umie przyjąć do wiadomości, że jego poglądy wcale nie muszą mieć odniesienia do rzeczywistości, a tym bardziej do faktów? Dlaczego ja, czy ty czasem masz problem ze zrozumieniem w pierwszej chwili drugiego człowieka i słów, które on wypowiada – słów, które w swoim przekazie są sprzeczne z naszymi własnymi poglądami? Czy już pozostanie tak zawsze, że człowiek będzie jednostką zapatrzoną w siebie z wybujałym ego, z klapkami na oczach bezkrytycznie podchodzącą do siebie i do tego, co robi?

Chciałbym, żeby niektóre rzeczy na tym świecie się zmieniły – na pierwszym miejscu postawiłbym homo sapien, czyli nas – ludzi. I to wcale nie jest tak, że ja swoich wad nie zauważam. Właśnie po ich ujrzeniu piszę tą notkę. Owszem – czasem jestem mniej samokrytyczny, ale przecież nie mogę być ciągle nastawiony, że wszystko co robię jest złe. Takie zakładanie z góry również do niczego dobrego nie doprowadzi. Jak już wcześniej wspomniałem, należy się rozejrzeć wkoło, wysłuchać opinii kilku(nastu) ludzi, którzy jakieś własne posiadają i dopiero się ustosunkować. Wyrażanie swoich poglądów „w ciemno” jest tylko wyrazem ignorancji – niczym więcej.

Do tego dochodzi, często poruszane w moich „phi!lozoficznych” wywodach przyjmowanie zdania innych, jako swojego. Tego, po wielu wnikliwych analizach nie umiem zrozumieć.

Wczoraj rozmawiałem z pewną osobą. Treści zdradzać nie będę, bo nie w tym rzecz. Mianowicie powiedziała coś, co bardzo mi się spodobało i o dziwo – było zgodne z moim myśleniem. Powiedziała, że nie chce poznawać drugiego człowieka poprzez zdanie innych, tylko sama, osobiście.

nie wzoruje sie na tym co inni mi mowia o kims tylko sama chce poznac kogos :)

Prawidłowe podejście do sprawy, bo innych zdanie (tak, jak już wcześniej wspominałem ;-)) wcale nie musi być zgodne z naszym. To co drugiej osobie się nie podoba, wcale nam się nie musi podobać. Może być zupełnie na odwrót. Przez takie podchodzenie do życia, czyli opieranie się na opiniach innych, nie „wytwarzaniu” swoich może pozbawić nas kilku (n+1) doświadczeń, które warte były przeżycia.

Ktoś kiedyś mówił, że życie swoje trzeba opierać na wiedzy i na doświadczeniu, które zdobywamy cały czas. Całkowicie się z tym zgadzam, bo wszystko co robimy, to przeważnie pamiętamy. Pamiętamy również wyniki swoich działań – skutki, czy to negatywne, czy pozytywne. Późniejsze nasze czyny mogą opierać się na owych i zaoszczędzić nam niemiłych chwil.

Szczerze powiedziawszy, to w chwili obecnej uświadomiłem sobie kolejną ciekawą rzecz. Ale to już innym razem.

A ja zazwyczaj śpię w domu

10 października, 2005

Niekiedy zastanawiam się, co kieruje ludźmi, gdy robią sobie takie dziwaczne opisy.

Ps. Wreszcie uzupełniłem wyższe poziomy. Tak - jestem dumny. ;-)

Jaki jestem według mojego imienia

06 października, 2005

Jaki jestem – zawsze starałem się odpowiedzieć. Sobie i innym. Chciałem wiedzieć, czy dobrze myślę o sobie, więc zbierałem, gromadziłem informacje innych. Później spędzałem wiele czasu nad tym, żeby dobrze je przeanalizować. Wiedziałem dobrze, że w pełni obiektywnie nigdy na siebie nie spojrzę, choć bym się starał bardzo mocno. Taka natura ludzka, że siebie ocenić sprawiedliwie się nie da.

Ludzie mówią o mnie różne rzeczy. Wszystko zależy od tego, w jakich okolicznościach mnie poznali, bo jak wiemy znaczącą rolę odgrywa w naszym życiu takie zjawisko jak „pierwsze wrażenie”. Mówi się „zakochać się od pierwszego wrażenia”, „nie zrobił na mnie dobrego wrażenia”, etc. Późniejsze doświadczenia z daną osobą korygują nasze spojrzenie na nią, ale i tak w pamięci mamy zapisany początek znajomości. Często do niego w przyszłości się będziemy odwoływać.

Dla niektórych jestem dziwny. Dla innych jestem nieciekawy. Dla jeszcze innych nie jestem (dziwne, ja wiem).

Błażej - jest określeniem osoby z rodu Blasia wywodzącej się, a oznacza to sepleniący. Polski Błażej jest mężczyzną o bardzo wybujałej indywidualności, niezwykle wrażliwy i stale silący się na oryginalność. Pragnie tym imponować innym. Ma zadatki by przewodniczyć innym, jest bowiem odważny, dobry organizator, elokwentny, ma uzdolnienia oratorskie. Potrafi również dopracować cię cech dyplomaty. Jest agresywny, impulsywny, nerwowy. Jedynie niewiasta może go ułagodzić, a wtedy staje się wzorowym mężem, dobrym ojcem i wspaniałym przyjacielem. Jest wierny jednej miłości, nie uznaje miłosnego rozbujania.

W sumie zgodziłbym się z większością. Bo jestem wrażliwy, staram się być indywiduum, mieć własne zdanie. Ale czy silę się na nie? Nie wydaje mi się. Na pewno nie lubię przewodniczyć innym, ale zarazem nie lubię być pod czyjąś władzą. Zgadza się również fakt, że jestem nerwowy i impulsywny, ale raczej nie agresywny. Jakim ojcem jestem? Nie jestem, a jakim będę – nie wiem.

Szczerze powiedziawszy, sam się sobie dziwię.

Do tego zrobiłem sobie test i raz mi wyszło, że jestem w 15% szary, a za drugim razem, że w aż 80%.

Myślę, że prawda zawsze leży po środku.

Niby tylko literki, a tyle dają

04 października, 2005

Kolejne 560 stron pochłonięte. Oczy bolą, głowa ciąży. W głowie szum.

Anioły i demony.

Niesamowite.

Bo w nocy przychodzą demony

02 października, 2005

Powietrze wewnątrz pokoju było chłodne i wilgotne, przesiąknięte tymi wydarzeniami, które miały miejsce tu wczoraj. Niewielkie okna zabite deskami i płytami za dużo światła nie przepuszczały. Sufit zbity z przegniłych dech nie wydawał się stabilny. Przy każdym podmuchu skrzypiało wprawiając siedzących w pokoju w strach. Jack nie wiedział jeszcze, że to „coś” było tu razem z nimi. Myślał cały czas, że udało im się uciec, że szaleńczy bieg przez las w ciemności i lejący się strumieniami deszcz z nieba da im możliwość schronienia się. Pomyślał, że gdyby nie jego ciekawość, mógłby teraz leżeć w ciepłym łóżku ze swoją ukochaną, oglądać Polsat w tym czasie popijając gorące kakao. Gdyby nie ta ciekawość.

Jack dwa tygodnie temu dostał możliwość uczestnictwa w podróży z pracy w góry. Uwielbiał góry od dzieciństwa. Już jako mały chłopiec ze swoim ojcem podróżował na drugi koniec kraju, żeby móc tylko wejść do jakiejś jaskini, wspiąć się na szczyt, a stamtąd obserwować świat, który w danej chwili nie wydawał się taki mały. Dla niego to było wszystko.

Lecz pewnego zimnego poranka, gdy obudził się w namiocie na polanie, wiedział już, że coś jest nie tak. Czuł to. Obrócił się na bok. Było tylko zimne miejsce i rozgrzebany namiot po Gosi. Była ona jego pierwszą i, jak sam przyznawał – chciałby, żeby ostatnią miłością. Poznali się w szkole średniej na zabawie w bardzo popularnej dyskotece. Akurat był sam, bo skończył bardzo przelotny romans, w który się w ogóle nie zaangażował z Pauliną. Wiedział, że ma już w szkole etykietkę podrywacza, ale nie przeszkadzało mu to.

Niepokój wzrastał, gdy zauważył, że nie ma jej rzeczy – torba z ciuchami, kosmetyczka – niczego nie ma. Szybko wstał, założył coś na siebie i wybiegł przed namiot. Nie! – nie było jego samochodu. Nie widział co zrobić, zaczął biegać w tą i z powrotem. To nic da, to nic da – powtarzał, starając się uspokoić. Po kilku godzinach rozmyślania, co tu zrobić, żeby móc wrócić do domu postanowił, że się spakuje i będzie szedł drogą, którą tu przyjechali, aż do momentu dojścia do pierwszej wioski. Wiedział jednak, że to będzie nie lada wyczyn, bo nawet podróż przez ten las samochodem wydawała się strasznie długa i niebezpieczna. Cóż mi pozostało – pomyślał.

Teraz siedział tu z nią. Nie znał jej wcale, a przez ten cały czas przebywania z nią, nawet nie miał ochoty odezwania się do niej. To było tak , jakby on i ona byli magnesami działającymi na siebie tymi samymi biegunami. Nie chciał, nie mógł nie umiał.

Z zamyślenia wyrwał go głośny ryk, który pochodził z prawego rogu tegoż pokoju, w którym się teraz znajdowali. Momentalnie poczuł, że on jest przy nim, że chowa się za niego, jednocześnie się tuląc. A może to tylko moja chora wyobraźnia – pomyślał. Do tej pory był przeświadczony, że dobrze widział, jak kilka dni temu ona cała umazaną krwią siedziała w tym domu, który obecnie był ich kryjówką, a zarazem pułapką i odprawiała jakieś obrzędy przed starym, rozwalającym się kominkiem.

Objął ją ramieniem. Ciepło, które biło od niej, sprawiało, że na chwilę zapomniał o niebezpieczeństwie, które kryło się w ciemności, a przypomniał sobie Gosię. Jej piękne blond włosy, które pachniały tak cudnie migdałami. Jej oczy, uszy, usta. Wszystko to sprawiało, że nie chciał wracać do rzeczywistości. Zwłaszcza do takiej, w której zaraz mógł zginąć. Nie, jeszcze nie teraz – starał się optymistycznie myśleć. Zawsze to robił, gdy był w niebezpieczeństwie, a nie było możliwości wyjścia z sytuacji obronną ręką.

Musi coś zrobić, żeby stąd wyjść. Musi.

Szczęk klamki obudził go. Jasność, która rozpływała się w pokoju na początku oślepiła go. Jednak po chwili wzrok się przyzwyczaił. Rozejrzał się wokół, jakby czegoś szukał.

Dzień dobry Panie Jack. – odezwał się miękki, przyjemny głos kobiecy.

Gdzie ja jestem, co ja tu robię, co się z nią stało, gdzie to jest? – rzeka pytań wypłynęła w jednej chwili z jego ust. Umysł domagał się wyjaśnień, ciało odpoczynku. Każdy ruch sprawiał, że coraz bardziej chciało mu się spać. Oczy same zamykały się, a umysł samoczynnie odłączał się od rzeczywistości.

Pilik, pilik!... Głośne piszczenie budzika. Muszę wstać. Nocne obrazy szybko się wymazują. Patrzę na okno. Już niczego nie pamiętam. Codzienna toaleta, szybko się ubrać, zejść na dół i biegiem na autobus.

Krótkie flasze, urywki z nocy. To tylko chwila, która odleci. Teraz jest już rzeczywistość, do której niestety trzeba wrócić. O, mój przystanek – myślę. Wysiadam z autobusu. Rzeczywistość wzywa mnie. Pozostaje czekać. Czekać na noc.

Co słychać w moim cyfrowym świecie? A no troszkę się pozmieniało.

  • Pierwsze co, porządki na dysku (a raczej teraz na dyskach – niedawno kupiłem nowy, o czym można przeczytać we wpisach z poprzedniego miesiąca). Katalogowanie muzyki, filmów, programów i różnych projektów – czynność, która może do najprzyjemniejszych nie należy, ale trzeba takową wykonywać od czasu, do czasu, żeby nasz HDD jakoś wyglądał, a i żebyśmy my nie mieli problemów ze znalezieniem potrzebnej rzeczy. To raz.
  • Dwa – wziąłem się za swojego Konnekta.
    • Kontakty zostały skatalogowane (przypisane do odpowiedniej grupy-zakładki). Pododawałem im takie dane, jak „imię”, „nazwisko”, etc. W przyszłości może to się przydać.
    • Drugą rzeczą, jaką udało mi się zrobić, to dostosowanie go do aktualnie używanego tematu do Windowsa. Nawet przyjemnie wyszło.
  • Trzy – zmiana tematu w XPeku.

  • Cztery – wziąłem się za projekt graficzny, o którym kiedyś wspominałem wybranym.
    • Zebrałem potrzebne czcionki, pędzle i wzorki.
    • Uporządkowałem nazwy stocków.

Czyli wszystko nabrało ładu i porządku. Teraz biorę się za czytanie następnej książki. A będzie nią „Anioły i Demony”.