Bo w nocy przychodzą demony
02 października, 2005
Powietrze wewnątrz pokoju było chłodne i wilgotne, przesiąknięte tymi wydarzeniami, które miały miejsce tu wczoraj. Niewielkie okna zabite deskami i płytami za dużo światła nie przepuszczały. Sufit zbity z przegniłych dech nie wydawał się stabilny. Przy każdym podmuchu skrzypiało wprawiając siedzących w pokoju w strach. Jack nie wiedział jeszcze, że to „coś” było tu razem z nimi. Myślał cały czas, że udało im się uciec, że szaleńczy bieg przez las w ciemności i lejący się strumieniami deszcz z nieba da im możliwość schronienia się. Pomyślał, że gdyby nie jego ciekawość, mógłby teraz leżeć w ciepłym łóżku ze swoją ukochaną, oglądać Polsat w tym czasie popijając gorące kakao. Gdyby nie ta ciekawość.
Jack dwa tygodnie temu dostał możliwość uczestnictwa w podróży z pracy w góry. Uwielbiał góry od dzieciństwa. Już jako mały chłopiec ze swoim ojcem podróżował na drugi koniec kraju, żeby móc tylko wejść do jakiejś jaskini, wspiąć się na szczyt, a stamtąd obserwować świat, który w danej chwili nie wydawał się taki mały. Dla niego to było wszystko.
Lecz pewnego zimnego poranka, gdy obudził się w namiocie na polanie, wiedział już, że coś jest nie tak. Czuł to. Obrócił się na bok. Było tylko zimne miejsce i rozgrzebany namiot po Gosi. Była ona jego pierwszą i, jak sam przyznawał – chciałby, żeby ostatnią miłością. Poznali się w szkole średniej na zabawie w bardzo popularnej dyskotece. Akurat był sam, bo skończył bardzo przelotny romans, w który się w ogóle nie zaangażował z Pauliną. Wiedział, że ma już w szkole etykietkę podrywacza, ale nie przeszkadzało mu to.
Niepokój wzrastał, gdy zauważył, że nie ma jej rzeczy – torba z ciuchami, kosmetyczka – niczego nie ma. Szybko wstał, założył coś na siebie i wybiegł przed namiot. Nie! – nie było jego samochodu. Nie widział co zrobić, zaczął biegać w tą i z powrotem. To nic da, to nic da – powtarzał, starając się uspokoić. Po kilku godzinach rozmyślania, co tu zrobić, żeby móc wrócić do domu postanowił, że się spakuje i będzie szedł drogą, którą tu przyjechali, aż do momentu dojścia do pierwszej wioski. Wiedział jednak, że to będzie nie lada wyczyn, bo nawet podróż przez ten las samochodem wydawała się strasznie długa i niebezpieczna. Cóż mi pozostało – pomyślał.
Teraz siedział tu z nią. Nie znał jej wcale, a przez ten cały czas przebywania z nią, nawet nie miał ochoty odezwania się do niej. To było tak , jakby on i ona byli magnesami działającymi na siebie tymi samymi biegunami. Nie chciał, nie mógł nie umiał.
Z zamyślenia wyrwał go głośny ryk, który pochodził z prawego rogu tegoż pokoju, w którym się teraz znajdowali. Momentalnie poczuł, że on jest przy nim, że chowa się za niego, jednocześnie się tuląc. A może to tylko moja chora wyobraźnia – pomyślał. Do tej pory był przeświadczony, że dobrze widział, jak kilka dni temu ona cała umazaną krwią siedziała w tym domu, który obecnie był ich kryjówką, a zarazem pułapką i odprawiała jakieś obrzędy przed starym, rozwalającym się kominkiem.
Objął ją ramieniem. Ciepło, które biło od niej, sprawiało, że na chwilę zapomniał o niebezpieczeństwie, które kryło się w ciemności, a przypomniał sobie Gosię. Jej piękne blond włosy, które pachniały tak cudnie migdałami. Jej oczy, uszy, usta. Wszystko to sprawiało, że nie chciał wracać do rzeczywistości. Zwłaszcza do takiej, w której zaraz mógł zginąć. Nie, jeszcze nie teraz – starał się optymistycznie myśleć. Zawsze to robił, gdy był w niebezpieczeństwie, a nie było możliwości wyjścia z sytuacji obronną ręką.
Musi coś zrobić, żeby stąd wyjść. Musi.
Szczęk klamki obudził go. Jasność, która rozpływała się w pokoju na początku oślepiła go. Jednak po chwili wzrok się przyzwyczaił. Rozejrzał się wokół, jakby czegoś szukał.
Dzień dobry Panie Jack. – odezwał się miękki, przyjemny głos kobiecy.
Gdzie ja jestem, co ja tu robię, co się z nią stało, gdzie to jest? – rzeka pytań wypłynęła w jednej chwili z jego ust. Umysł domagał się wyjaśnień, ciało odpoczynku. Każdy ruch sprawiał, że coraz bardziej chciało mu się spać. Oczy same zamykały się, a umysł samoczynnie odłączał się od rzeczywistości.
Pilik, pilik!... Głośne piszczenie budzika. Muszę wstać. Nocne obrazy szybko się wymazują. Patrzę na okno. Już niczego nie pamiętam. Codzienna toaleta, szybko się ubrać, zejść na dół i biegiem na autobus.
Krótkie flasze, urywki z nocy. To tylko chwila, która odleci. Teraz jest już rzeczywistość, do której niestety trzeba wrócić. O, mój przystanek – myślę. Wysiadam z autobusu. Rzeczywistość wzywa mnie. Pozostaje czekać. Czekać na noc.
Komentarze do wpisu "Bo w nocy przychodzą demony":
1.
wassago napisał(a):
02 października 2005, 22:02:50
Więcej takich flashback'ów proszę. Ekranizacja niebawem ;-)
[do wtorku na awaryjnym JID: wassago//jabber.org]
Dodaj komentarz: