Jak zwykle, muszę trochę ponarzekać. Dzisiejszy dzień spędziłem na odwiedzaniu specjalistów od zdrowia, czyli potocznie – lekarzy. Konkretnie lekarzy laryngologów, czyli osób, które mają na celu umieć zajmować się naszymi nosami, gardłami (w tym krtaniami) i uszami. Ja w sumie miałem cel – wizytę kontrolną po braniu antybiotyków.

Pierwsze miejsce – poradnia. Brak kolejki, numerek pierwszy, więc całość poszła sprawnie i ładnie. Jakby tak było wszędzie, to powiedziałbym, że Polska to dobry kraj dla chorego. Lekarz ładnie mnie przebadał, rozłożył ręce i wypisał skierowanie do szpitala. Po co? – nie wiem, skoro na operację i tak się nie zapowiadało. Część pierwsza wizyty u specjalisty(ów) zakończona powodzeniem.

Krótka podróż po mieście srebrnym rydwanem (czyt. Kia Pride z rdzewiejącym bokiem) wcale mi się nie dłużyła. Ja i mój umysł byliśmy zajęci analizowaniem i myśleniem nad tym, czy jeśli zapadnie decyzja o pozostawieniu mnie na oddziale, to na to się zdecydować. Jedna część mnie mówiła – zostań, to dla Twojego dobra (czy. tak mówił mój tata), a druga – uciekaj stamtąd jak najdalej, przecież ten szpital jest brudniejszy i głośniejszy niż ulica w centrum Twojego miasta! No dobrze, powiedział sam do siebie – uspakajając jedną stronę, jak i drugą – zastanowię się poważnie nad tą kwestią. To nic, że zapadła cisza aż do bramy wjazdowej do ośrodka zdrowia, inaczej wykańczalni ludzi. Tam wraz ze swoją drugą połową (czyt. tatą) udałem się do poradni specjalistycznej. Tak, jak się spodziewałem, była kolejka. Tyle, że państwo, którzy czekali mieli skierowanie do owej poradni, a ja na oddział. Tym się różniliśmy. Logicznie rozumując, ja miałem pierwszeństwo, więc o żadnym wymuszaniu nie było mowy. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy dowiedziałem się, że lekarza-ordynatora nie ma jeszcze w miejscu pracy. No nic – pomyślałem sobie – poczekamy i zobaczymy. Minęło dobre pół godziny, kiedy szanowny pan pojawił się. Szybciutko przemknął cichaczem tak, jakby sam był pacjentem. To, co pozwoliło mi rozpoznać, że to jednak nie on, to teczka i… znajomość szyfru do zamka cyfrowego od drzwi wejściowych na oddział. Już wtedy sobie uświadomiłem, że to musi być on. Albo ktoś, kto wykradł owe, żeby później przeprowadzić atak… No tak, jak zwykle uwolnione wodze fantazji zaczęły tworzyć bardzo nierealistyczne, ale sensacyjne obrazy.

Kolejne pół godziny spędziłem na denerwowaniu się. Wszyscy, którzy mieli skierowanie do poradni już byli załatwieni (tzn. obsłużeni), a ja nadal ze swoją lepszą połową czekałem na szanownego dyrektora-dyktatora oddziału otolaryngologii. Spojrzałem na swoją lepszą połowę wymownym spojrzeniem – jeszcze tylko 5 minut. Chyba załapała, bo zaraz było słychać ściszone głosy, w których jednak wyczuwalne było napięcie – mojej lepszej połowy i pielęgniarki zarządzającej tym całym bałaganem. Kolejne pół godziny – powiedziałem sobie w duchu. Patrz – trafiłem co do minuty. Po upłynięciu wcześniej wspomnianych 30 minut słychać było – Pan XXX proszony do gabinetu. Już na wstępie powitał nas podniesiony głos pana w białym fartuchu, który później okazał się być owym oczekiwanym ordynatorem. Jak tam można, ja w pracy jestem, nie będę na każde państwa wezwanie! – krzyczał. Nie pozostało nam – mi i mojej drugiej lepszej połowie – nic innego, niż wysłuchać i wytoczyć naszą broń ostateczną, czyli argumenty. Pokazaliśmy skierowanie, które zaraz zostało odrzucone, wytłumaczyliśmy na czym sprawa polega, co też zostało zbesztane. Chwilę staliśmy tak wszyscy skonsternowani, aż wreszcie usłyszałem – usiądź. Nie, wcale pan doktor nie był delikatny. Moja biedna główka w jego rękach przypominała głowę od lalki, niż człowieka. No ale cóż – dla zdrowia trzeba się poświęcić. Pan doktor dokładnie mnie obejrzał, wysnuł wnioski, które daleko odbiegały od rzeczywistości, ale które należało też przyjąć ze spokojem. Przecież szef ma zawsze rację – prawda, która sprawdza się w polskiej rzeczywistości, jak w żadnej innej. Późniejsza rozmowa była znacznie delikatniejsza (i o dziwo, ręce doktora również delikatniej operować różnymi przyrządami, jak i moją głową). Zastanawiające, prawda?

Sterydy, które zawarte były w lekarstwie, oraz drażnienie błonnika spowodowały silne zawroty głowy. Dzień stracony powiedziałem swojej lepszej połowie, gdyż naprawdę źle się czułem. O zdziwienie przyprawiło mnie pytanie – to ty dzisiaj nie idziesz do szkoły? Chwila zastanowienia, analiza sytuacji i własnego samopoczucia i zwięzła, logiczna odpowiedź – Nie.

Po powrocie do domu zastanawiałem się jeszcze trochę nad możliwym atakiem na oddział, ale szybko mi te myśli wypędził sen. Wtedy przyszedł czas na inne, bardziej… fantazyjne (?).

Po obudzeniu się, stwierdziłem, że zostało mi 10 minut do jazdy na prawo jazdy. Zawroty głowy ustąpiły miejsca bólowi owej. No nic – pomyślałem sobie – już nie takie rzeczy przyszło mi znosić. O dziwo – bardzo dobrze mi się jeździło. Ból minął już przy pierwszym skrzyżowaniu. Ciało i umysł opanowało niepokojąco mocne rozluźnienie. Szybko przywołałem się do porządku i odbyłem jazdę, z której każdy powinien być dumny. Jeździłem wzorowo – czyli inaczej, prawidłowo.

Powrót do domu, lekarstwa, książka… Nie każdy uzna te słowa jako synonimy – ja jednak to zrobię.

Komentarze do wpisu "Polska służba zdrowia sprawia, że jestem coraz bardziej chory":

1. James T. Sullivan napisał(a):
19 października 2005, 16:23:10

Ludzie zbyt dużo naoglądali się 'Na dobre i na złe', bo tam w szpitalu nieco inaczej wygląda życie niż ma to miejsce w rzeczywistości.
Nie ma uśmiechniętego doktora Burskiego, ani seksbomby pielęgniarki..
Są kolejki chorych ludzi, a jest ich tylu, że trzeba czekać. I nie można powiedzieć: Zatrudnić więcej lekarzy! Niech dłużej pracują! Niech przychodzą punktualnie do roboty..

Trzeba wiedzieć na czym polega praca pana doktora, ale z każdej strony. Nie tylko, że jest to człowiek, który jest tu po to, żeby czule się Tobą i zająć, wyleczyć i pomóc. Trzeba poznać każdą, nawet najmniejszą, rzecz, która charakteryzuje prace lekarza. To jakim jest wysilkiem, kiedy przez 8 - 10 godzin dziennie widzisz chorych ludzi nonstop i musisz im pomagać (po dwóch latach stracisz współczucie dla każdego pacjenta i będziesz obojętny, stanie się rutyna - doktor Burski taki nie jest), po czym jeszcze zaszyj się na dwie noce, w których wstajesz co 3 godziny, bo ktoś rozbił się szybkim samochodem, albo zabalował na dyskotece kończąc ze złamanymi żebrami i pociętą twarzą.
Do tego dodaj gotowości przez pol miesiaca, gdzie w 20 minut musisz znaleźć się w szpitalu o obojętnie jakiej godzinie.
Jasne, że przydałoby się też wyobrazić sobie obiad z rodziną, kiedy dwie godziny wcześniej jakiś człowiek umarł Ci na stole operacyjnym.

Jak poznasz dokładnie pracę lekarza to wtedy będziesz mógł mocno narzekać. A służba zdrowia i jej organizacja jest rzeczywiście naprawdę nienormalna w naszym kraju, ale to nie zależy od pracujących jednostek, lecz od odgórnie przyjętego systemu.. Który niełatwo jest zmienić.

A Tobie życzę, żeby się udało wszystko bez powikłań. big up.

2. Sis napisał(a):
20 października 2005, 10:29:14

Taki lekarza los, taka droge wybral, wiec wiedzial co go czeka. A ze niestety czasy nastaly niezbyt ciekawe, nieszkodzi, to nie powinno nic zmieniac. Czasami, a nawet dosc czesto spotykamy pojdescie, "Jaka placa, taka praca", a to jest smutne...

3. Revolt napisał(a):
20 października 2005, 17:10:06

Od kiedy chodze do prywatnego lekarza wiekszosc problemow z czekaniem godzinami minela. Wszystko jest zorganizowane, lekarze sa mili, a przedewszystkim budynek nie wygląda jakby ostatni remont przeszedł 50 lat temu.

Dodaj komentarz: