Wykopmy coś razem

30 stycznia, 2006

Kilka wykopów, które mnie zainsteresowały. Myślę, że zainteresują też innych.

Swoją drogą Warto rozmawiać w telewizji niby publicznej znowu mnie dżaźni. Dlaczego stwarza się obraz i dorabia drugie tło do sytuacji, która powinna być przestrogą, tragedią, jaką już niewątpliwie jest, a nie znakiem i objawieniem? Nie umiem wyjaśnić logiki tych ludzi, może jestem jakiś ograniczony? Może.

Równowagi brak

29 stycznia, 2006

Osobiście, wulgarnie, niezrozumiale. Nie czytaj, jeśli te słowa-klucze coś Ci mówią.

Denerwuje mnie tlen.pl i jego sprawdzanie dostępności przez interfejs WWW. Dokładnie chodzi mi o wizytówki i wskazywanie statusu, jaki posiada dany kontakt. Zastanawiam się więc, po co to całe autoryzowanie, skoro wchodząc na daną stronę mogę sprawdzić czy ktoś jest, albo nie dostępny. Jeśli już ekipa tlenu przygotowała nam autoryzację, to powinni pomyśleć, że dany kontakt (czyt: ja) nie chce, jeśli zgody na to nie ma, widział status.

Wkurza mnie, przy wszystkich zaletach, Era. Dlaczego przygotowują numer, gdzie sprawdzić mogę swój rachunek i ilość minut do wykorzystania i każą mi za to płacić, jak za normalne połączenie? Przecież taka usługa, nawet jeśli w innych sieciach nie jest bezpłatna, ba! nawet jeśli takowej nie ma – to właśnie Era, według mnie powinna zadbać o swoich klientów i dalej tworzyć wizerunek przyjaznej użytkownikom firmy, właśnie wprowadzając takie usługi – za darmo.

Denerwują mnie ludzie. Tutaj można doszukiwać się powodów – nawet jeśli takowych nie ma. Jedni powiedzą „głupek”, inni natomiast się zastanowią o co mi tak naprawdę chodzi. Denerwuje mnie zima, mróz i ten cały śnieg. Brak słońca jest już nie do zniesienia dla mojego organizmu. Czuję się rozbity, zmęczony – fizycznie i psychicznie. Sprawy z których każdy normalny człowiek powinien się cieszyć, mnie aż tak bardzo nie cieszą. Sprawy, które każdego innego by tylko zasmuciły, mnie dołują. Moje życie coraz bardziej upodabnia się do wykresu sinusów, albo cosinusów.

Denerwuje mnie nieustanne przypominanie o maturze. A jeszcze bardziej moja niechęć do nauki. Dobrze wiem, że jeśli nie przysiądę na książką, czy zeszytem to nie będzie różowo.

Denerwuje mnie niesłowność drugiego człowieka. Czy myślenie, że można na owego liczyć jest złe? No czy coś w tym złego jest? Bo ja odpowiedzi doszukać się nie mogę.

Denerwuje mnie moja klawiatura z myszką wzięta. Głośna, powoli się wykańczająca. Denerwują mnie ceny nowego sprzętu i brak kasy na owy.

A już normalnie mnie wkurwia to, że ktoś wszedł na moje konto gadu-gadu i tlen.pl, być może też starą skrzynkę pocztową na Onecie. Pora zmienić hasła i przestać ufać niektórym ludziom? Chyba raczej tak.

Ale przecież – ja jestem tylko człowiekiem. To ty jesteś doskonały/a.

Co zauważyć da się ostatnio, to chęci. Chęci autorów blogów, by właśnie to ich miejsce sieciowe, pamiętnik, dev-log, dziennik, myślnik stał się popularny, poczytny, by można go było zaliczyć do grona najlepszych miejsc w sieci. Coraz bardziej zauważam, albo coraz bardziej uwidacznia się podział na blogi, gdzie ludzie piszą, bo chcą – dla siebie, dla znajomych, tak po prostu i blogi, które niejako stają się miejscem dla innych, tak zupełnie i całkowicie.

Coraz więcej osób stara się być mentorem, jeśli to rzeczywiście dobre słowo, dla innych. Jeśli w blogowaniu widzi nie tylko pisanie notek opisujących poranek, południe i wieczór w sposób tendencyjny i zwykły, ale możliwość wypisania się, stworzenia czegoś, przekazania posiadanych wiadomości – to nowo powstały weblog ma szanse na bycie jakimś, na zapamiętanie adresu przez czytelnika i, co najważniejsze, powroty owego. Bo cóż znaczy pojedynczy klik i zapomnienie?

Na blog.pl najbardziej poczytne blogi mają po setki komentarzy, tysiące linków prowadzących właśnie do nich. Na blog.onet.pl komentarze z prośbami o komenty. Gdzie indziej jeszcze różnego rodzaju świecące, migające, błyszczące avatarki z przyjaciółmi. Wszystko zależy od typu bloga. Na jogger.pl, czyli serwisie, gdzie to miejsce się znajduje się wyznacznikiem popularności jest określona liczba osób śledzących, znana tylko i wyłącznie właścicielowi (chyba, że z jakiś powodów ujawnił ową). Do tego dochodzą jeszcze pozycje w blogrollu i pagerank rośnie. :-)

Jednakże ostatnimi czasy jest również inny wyznacznik obejmujący wszystkie te serwisy. 10 przykazań – czyli serwis, którego temat już poruszałem na tym blogu. Autorzy dzienników, albo rzeczywiście zaczęli się starać, żeby tam trafić, albo kilka wpisów, które dane mi było przeczytać to tylko wyjątki nie potwierdzające całości. Zastanówmy się jednak, czy rzeczywiście serwis skupiający polską blogosferę może, i czy jest wyznacznikiem jakości bloga.

Jak na razie jest mało dodanych miejsc do owego. Może to świadczyć o elitarności tam należących, albo o braku czasu prowadzących, bo o takowym fakcie również dane mi było czytać. Tak więc – nie wiemy jak jest naprawdę.

10 przykazań opisuje się jako skupisko najlepszych weblogów w sieci. Tak też mogą myśleć autorzy owych, należących do tego serwisu. Czy wpływa to na ich sposób pisania w jakikolwiek sposób? Nie wiem – proces katalogowania (przepraszam – tagowania) w tym serwisie jest za krótki, żeby cokolwiek uogólniać.

Fakt jest jednak taki, że jeśli nie przybędzie różnego rodzaju miejsc sieciowych tam, które da się śledzić, to dla mnie będzie to kolejne martwe miejsce. Bo co mi z tego, że jest, jak nie dla mnie?

Inny od reszty (wpisów)

25 stycznia, 2006

Tak, temat mojej nienormalności był poruszany w tym miejscu bardzo często. Przeze mnie samego, jak i też przytaczane (też przeze mnie – paradoks) wypowiedzi osób, które w jakiś tam sposób były wstanie mnie poznać. Przez rok tu pisania podkreślałem swoją nienormalność, inność. Można również to określi inaczej, mianem alienacji. Nie należałem do ogółu – sam to zauważałem, czułem, jak również ten ogół wspominany na początku. Moja inność, odmienność wcale przeze mnie nie była odbierana negatywnie, jak również nie była dla mnie oznaką lepszego ja . Po prostu. Jedni określali mnie tak myśląc pozytywnie. Dla innych połączenie mnie i odmienności było określeniem pejoratywnym. A co ja myślę? Po prostu – jestem dziwny (i to chyba jest najlepsze określenie Błażeja, czyli mnie ;-)).

Ci, którzy siebie nazywają odmiennymi, bo tak należy, bo taka moda, bardzo często łączą to słowo z innym, wcale nie takim oczywistym i idącym w parze z tym pierwszym, a mianowicie – lepszy. Kto powiedział, że tak jest? Kto to stwierdził? Czy jeśli na siłę staramy z siebie zrobić odrzutka, odmieńca, to mimowolnie dodajemy sobie czegoś lepszego? Czy staramy się odciąć od tej całej zbitej szarej masy? Bo należeć do kasty szarych ludzi, którzy w opozycji do różowości tego świata żyją – tak należy.

Kiedyś nie do pomyślenia było być innym. Jeśli już taki byłeś, wcale pozytywnie nie musiałeś się czuć. Można powiedzieć – wcale nie tak różowo. Dziś, patrząc na świat z perspektywy czasu zauważamy, że tworzą go (i mam tu na myśli dosłowność tego słowa) ludzie inni niż reszta. I w tym przypadku połączenie tych dwóch słów, a więc odmienności i lepszego ja jest jak najbardziej odpowiednie i prawidłowe.

Napisałem to dla siebie. Żeby swoją, paradoksalnie, odmienną szarość jeszcze bardziej odmienić i poszarzyć. Pod wpływem wpisu i komentarzy w Imbrykowym marudniku. Tam jest więcej, lepiej. Żeby modnie to ująć – jest inaczej. :-)

W poszukiwaniu sensu

23 stycznia, 2006

Miło się dowiedzieć, że:

  • wszystko co piszesz na miano żenady zasługuje
  • grafik z Ciebie żaden, a o poczuciu smaku w ogóle mowy być nie może
  • starasz się być, ale to bycie nie wychodzi Ci za bardzo
  • ściągasz, a się nie wzorujesz
  • "w ogóle co to jest?!"

Sztuczny uśmiech i do przodu.

Patrzę i się uczę

23 stycznia, 2006

Jogger.pl mimo wielu swoich niedoskonałości nadal trzyma mnie przy sobie. Brak kategorii wpisów, wbudowanego trackbacka, prostych tagów html w komentarzach, automatycznie tworzonych linków w owych i całościowo brak większej możliwości kustomizacji swojego jogga wcale, albo w bardzo małym stopniu mi przeszkadza. Po części dlatego, że tworzone są obejścia przez ludzi, którzy na rzeczy się znają. Tak więc mamy już automatyczne tworzenie linków, trackbacka, blacklistę na stronę główną. Najważniejszą jednak rzeczą, która bardzo pozytywnie wpływa na moje odczucia co do tego serwisu, to społeczność. Tworząca się, zmieniająca, wspierająca, czasem spierająca. Ale jednak – społeczność.

Ważną inną rzeczą, która tylko poprawia komfort pisania jest jabberowy bot. Już powstają legendy o owym, że ciągle pada, nie dostarcza wiadomości, że jest be i w ogóle. Ale przecież zwykło się mówić – złośliwość rzeczy martwych. Wyrozumiałym jest, więc aż tak bardzo nie narzekam. Jedni twierdzą, że właśnie przez tego bloga komentarze na joggach są zamiast konstruktywne są ogniste. To właśnie przez dostarczanie powiadomień, czyli namiastkę chata. Niektórzy nie umieją się powstrzymać i szybciutko odpisują robiąc ze swojego (a co gorsza – z czyjegoś) jogga, wcześniej wspomnianego chata. Tak, owszem – to mnie rzeczywiście denerwuje. Ale sam fakt powiadomień o nowych wpisach u kolegi, którego obserwuję i komentarzach do notki którą śledzę – cud, miód i orzeszki. Bardzo wygodne i pożyteczne rozwiązanie. Tak samo, jak dodawanie notek poprzez jabbera. Ale o czym ja piszę – przecież kto chciałby się czegoś dowiedzieć, wystarczy, że zajrzy do instrukcji, lub troszkę poszuka. Poza tym – większość wie o czym mowa.

Ostatnimi czasy jednak sławy jogger.pl przeszły na swoje własne blogi. Nieprecyzyjne stwierdzenie, ale ideę oddaje. Ale co ja, zwykły użytkownik Internetu mam zrobić teraz, żeby na bieżąco być informowanym o wpisach u owych? RSS – może i rozwiązanie, ale czy aż tak bardzo wygodne? Zawsze brakować będzie mi powiadomień na jabbera.

Z rozwiązaniem przychodzi 10 przykazań, czyli inicjatywa połączenia i rozruszania polskiej blogosfery (nawet podoba mi się to stwierdzenie). Idea serwisu została już przez wielu oceniona, opisana, etc. Ja muszę powiedzieć, że jestem jak najbardziej na tak. Kilku rzeczy mi brakuje, kilka innych bym wyrzucił, inne zmienił. Ale całościowo – podoba mi się to. Ostatnio odwiedzając ten serwis zauważyłem zmieniony wystrój. Czysto, ładnie i przejrzyście – czyli co każdy projekt posiadać powinien – ten ma. Być może, troszkę bym popracował nad kolorami, rozmieszczeniem informacji, ale jak w poprzedniej formie – całościowo na tak.

Wracając do joggera. Nie, nie mam zamiaru przechodzić na swój własny blog. Odpowiadasz mi mój joggerku. ;-) Z tego miejsca chciałbym podziękować – za włożoną pracę i dalsze rozwijanie owego – dzięki Sparrow. Tak samo podziękowania należą się Nbw i Patrysowi – za chęć stworzenia i samo stworzenie początku centralizacji i zarządzania polską blogosferą. Niech się wszystko ładnie rozwija, to ja – prosty i szary człowieczek będę miał od kogo się uczyć i czerpać wzorce.

I żeby nie było: ja nie piszę wcale o polskiej blogosferze. Nawet nie próbuję ruszać tego tematu. Bo brakuje mi wiedzy, obycia i możliwości. To jest tylko i wyłącznie moje spojrzenie na ten cały, ostatnio popularny e-świat. Jeśli chcesz poznać spojrzenie innych, zapraszam:

Moje spojrzenie na sprawę

21 stycznia, 2006

Gadu-Gadu jest już chyba przez wszystkich znany. Jako protokół, który stał się swoistym synonimem. Synonimem padów serwerów, nie dostarczonych wiadomości, przejmowania kont, rooshoffych koleshanek, pogawędek internetowych, reklam i pełnoekranowych wrzeszczących reklam (mimo wszystko jest między tymi dwoma subtelna różnica, dlatego też takie wyszczególnienie). Wszystko to nam dostarcza firma, która poprzez pracę swoich informatyków-speców stara się dogodzić zwykłemu użytkownikowi, dla którego hasła marketingowe (które swoją drogą z rzeczywistością mają mało wspólnego) są ważne.

Ostatnimi czasy na forum Konnekta, cicho-ciemni panikowali, płakali dlaczego to ich wspaniała sieć przestała działać. Wyjaśniło się wszystko i sprawa stała się jasna.

Na serwerach GG zostało wprowadzone ograniczenie w ilości wysyłanych wiadomości do ok. 50-ciu w ciągu minuty - co oprócz walki ze spamem spowodowało także utrudnienia w wykrywaniu niewidocznych, o których również niedawno wspominałem.

Ma to doprowadzić do ograniczenia rozsyłanego SPIMu za pomocą tej sieci. Rzeczywiście – rozwiązanie wysokich lotów, które rzeczywiście może ograniczyć owe (silny akcent na: rzeczywiście). Kolejnym dodatkiem, którym raczą nas spece od GG jest nie przesyłanie wiadomości do osób, które nie mają nas na liście, jeśli zawarte w wiadomości jest hiperłącze.

Na szczęście serwer Gadu-Gadu nauczył się 'mówić'- po wysłaniu linka osobie nieznajomej zwraca wiadomość o następującej treści:

"Komunikat systemowy: nie można wysyłać linków do osób nieznajomych (zabezpieczenie przed spamowaniem)"

Dzięki czemu można uniknąć nieporozumień podczas rozmowy, ponieważ od razu wiadomo, czy odbiorca otrzymał od nas adres danej strony czy też nie. Niestety powyższy komunikat nie zawsze jest wyświetlany.

System blokuje jak na razie tylko linki zaczynające się od http://.

Jak widać – kolejny półśrodek. Lubimy półśrodki, prawda?

Kiedy ludzie wreszcie zrozumieją, że jeśli jest alternatywa, która oferuje większe możliwości, większy komfort użytkowania i jest po prostu ideologicznie lepsza to należy z niej korzystać? Bo przecież takie są prawa tego świata, a przynajmniej powinny być. Czyli logiczne myślenie. Ale jak widać – wszystkie te wady, o których wymienie się pokusiłem, nie sprawiają problemów tym użytkownikom, którzy nawet nie pomyślą o przejściu na inną sieć.

Jeśli chodzi o alternatywę, żeby nie było niedomówień:

cytaty - http://maciekw.jogger.pl/

Kolejna moda

19 stycznia, 2006

Za przykładem najpierw Michała, a potem Oskara i Piotrka przedstawiam i ja Państwu słowa kluczowe po których łatwo do mnie trafić.

  • ku klux klan czyli moje porównania partii rządzących obecnie do tego stowarzyszenia
  • dzień po imprezie ja najczęściej nie żyję (przynajmniej tak było kiedyś; dorosłem?)
  • funkcje reklamy
  • seks w reklamie
  • dojrzałość emocjonalna czyli próba zauważenia zmian w samym sobie
  • przeprosiny sms a nie lepiej na żywo? tak jest bardziej ludzko
  • serwisy blogowe i tak wiadomo, że ideologicznie właściwy jest tylko jogger ;-)

Dlatego nie czytam

19 stycznia, 2006

Czytasz różne teksty w sieci. Jedne są bardziej, inne mniej interesujące. Jednak, żeby zacząć czytać coś, musisz znaleźć na samym początku owego (tekstu) coś ciekawego. Coś, co zwróci Twoja uwagę. Może to być albo temat, albo sposób przedstawienia, prezentacji. Tekst, który czytasz już charakteryzować powinien się lekkością. Nie mam tu na myśli powierzchowności owego, albo jakiegoś spłycania. Mianem lekkości określam przejrzystość i przyjemność z czytania. Teksty przeładowane, przekombinowane, nieciekawie złożone, zagmatwane – na pewno takich zaliczyć nie można do lekkich. Ich czytanie sprawia nam swoisty ból, np. głowy, lub oczu.

Tekst ciężki to taki, oczywiście jeśli mowa o moim subiektywnym odczuciu, gdzie w każdym prawie zdaniu znajduje się hiperłącze. Powiedzmy, że określenie, że „w każdym zdaniu” jest tylko symbolem, który ma na celu podkreślić i uwidocznić problem, który staram się poruszyć. Nadmiar linków, informacji ze sobą zgrabnie, bo zgrabnie połączonych wcale pozytywnie na odbiorcę nie działa. Nawet jeśli nasz tekst ma być bardzo, albo stricte informacyjnym. Człowiek, a dokładniej ujmując – ja, nie lubię gdy co ruch myszką trafiam na odnośnik do innej strony, z którą zaznajomić muszę się, żeby zrozumieć o co tak naprawdę autorowi właściwego wpisu chodziło. To tak, jak pytanie nauczycielki na polskim – „co autor miał na myśli”. Przecież sam bóg wie co miał, więc skąd ja – szary odbiorca i wcale niekoniecznie odbiorca mam to wiedzieć?

Teksty na tech-blogach, których charakteryzacją zajmować się nie będę (przynajmniej w tej notce) są jak dla mnie ciężkie. Mimo, że niektóre przyjemnie się czyta, a to ze względu na styl pisma autora, to żeby przebrnąć przez taki muszę odbyć wędrówkę po sieci Web, chociaż na takową ochoty nie mam.

Co sprawia, że wracam na bloga? Przede wszystkim – tematyka owego. Ujęta w przystępnej i przyjemnej formie, najczęściej ładnej oprawie graficznej. I tu także chciałbym zaznaczyć, że szablony przebajerowane, ciężkie, męczące są dla mnie straszakiem. Bo na przykład gdy każdy ruch rolką myszki, żeby przewinąć stronę zajmuje milisekundy, które dla ludzkiego oka są w bardzo znacznym stopniu zauważalne i przez mózg odbierane jako zwykłe i najnormalniejsze cięcie się. To na pewno nie należy do sytuacji przyjemnych i przyciągających, a nie odpychających.

Mało miejsca, mało przestrzeni. Gdy informacje na blogu są strasznie zbite. Więcej powietrza! – chciałoby się krzyknąć do autora owego. Ale przecież to jego wizja, to jego sprawa, czy dba o czytelników, czy nie. Owszem – mam narzędzia, którymi mógłbym sobie dostosować wygląd danej strony do mojego gustu. I wcale ja nie mówię, że tego nie robię.

Dlatego nie mam setki blogów w blogrollu, nie czytuję setek serwisów. Bo na pewno gdybym to miał robić, bardzo bym się zmęczył. Bo autorzy owych nie dbają o mnie, czyli potencjalnego innego czytelnika. A powinni – bo każdy w sieci (i nie tylko) zasługuje na szacunek.

Człowiek jest, człowieka nie ma. Co po sobie zostawi, kogo zostawi, czy w ogóle ktoś go zapamięta. Sprawa trudna.

Całe swoje życie tworzymy własny obraz. Od maleńkości jakoś jesteśmy postrzegani przez społeczeństwo, przez ludzi nas otaczających. Zwykło się mówić „o jaki grzeczny ten chłopiec”, albo „no niezłe ziółko z niego będzie/jest”. Wszystko zależy, jaką drogą chcemy podążać. Jakim człowiekiem jesteśmy.

Był człowiekiem dobrym. Przynajmniej jako takiego go poznałem. Rozumnym, strasznie inteligentnym, uczuciowym bardzo, przejmującym się, umartwiającym, komplikującym własne życie. Rodzina, druga osoba, człowiek – te słowa były dla niego ważne. Tak samo, jak przyjaźń, koleżeństwo, znajomość, sprawiedliwość, czyli wszystko to, co szanować w domyśle powinien każdy z nas. Lubił próbować. Pamiętam, jak pewnego dnia poszliśmy do sklepu i zobaczyliśmy półkę zastawioną tanimi winami. Przez tydzień znaliśmy smak i moc wszystkich. Pamiętam to dobrze. Tydzień czasu, dwóch nie znających się ludzi, daleko od domu, 7 lat różnicy. Mimo to ja lubiłem go, on lubił mnie. Od czasu do czasu rozmawialiśmy, kontakt, jak to już z nim jest i odległościami, trochę zanikał. Ja się dowiadywałem co u niego, on co u mnie. Czyli nie zapomnieliśmy, że obaj istniejemy.

Miał problem z własnym ja. Nie potrafił znaleźć miejsca, bo wszędzie gdzie przebywał dłużej ktoś go musiał kopnąć w dupę. Nie, nie brał, nie ćpał. Z piciem też nie było problemów – tyle co każdy nastolatek, chociaż już naście lat nie miał. Norma.

Czy wspominałem, że lubił próbować? Tak wspominałem. Gdyby nie te jego próby, chęć znalezienia miejsca, nie pisałbym o nim w czasie przeszłym. Szkoda człowieka, szkoda takiego człowieka.

Człowiek powinien zapamiętać, że co natura stworzyła, aż tak strasznie niebezpieczne nie jest. Ryzyko istnieje, ale na pewno nie tak duże. Sztuczny wytwór rąk ludzkich już taki bezpieczny nie jest. Chemia, chemia, chemia – syntetyczne narkotyki, w których nałóg wpada tyle ludzi dziś. Z każdym dniem jest więcej osób dla których wciągnięcie, naspeedowanie się jest udanym początkiem/końcem dnia. Pytam się – po co w ogóle próbować? Po co narażać siebie, przy okazji innych. Ale nie – warto spróbować, bo po pierwszym razie na pewno nic mi nie będzie. No pewnie, że nic Ci nie będzie. Bo drogi mój przyjacielu – Ciebie nie będzie. Dlatego zanim coś zrobisz, przemyśl dwa razy, nawet trzy, cztery, pięć, itd. Chcesz próbować? Zapoznaj się najpierw co tak naprawdę będziesz. Co to jest, jak to wpływa na człowieka. Zresztą – kim ja jestem, żeby Cię pouczać drogi czytelniku. Jesteś mądry, to bez tego zrozumiesz o co mi chodzi.

Kilka postanowień w swoim życiu mam, który jestem pewien nie złamać. Nawet jeśli tak będzie chciała większość, nawet jeśli taka będzie moda, nawet jeśli sam bóg wie co.

A jeśli chodzi o tego co odszedł, bo spróbował. Jego pierwszy, a zarazem ostatni raz. Dziwnie mi o tym pisać. Dziwnie, bardzo dziwnie…

Z cyklu przemyśleń kilku

18 stycznia, 2006

Jestem ateistą. Już kiedyś o tym pisałem, ale nie widzę powodu, żeby nie powtórzyć. Nie wierzę w boga. Wartości moralne, jakimi się kieruję w życiu swoim znajduję i ustalam sam. Do tego nie potrzebuję 10 przykazań, wielkiej i grubej księgi, zwanej Biblią. Logiczne myślenie i wartości, które przekazali mi rodzice podczas trudnego procesu, jakim niewątpliwie jest wychowanie – wystarczają w zupełności. Nie potrzebowałem i nie potrzebuję wsparcia kogoś, czegoś wyższego. Nie mam ochoty być przekonywany o istnieniu czegoś . Zwłaszcza, że i tak nie przyjąłbym owego tłumaczenia do siebie. Po prostu – jestem na nie. Bardzo na nie.

Jestem też antyklerykałem. Nie uznaję autorytetu Kościoła, nie uznaję zgromadzeń zwanych kościołem, nie uznaję też każdej innej religii. Po prostu – mam swoje zdanie.

Dzisiejsza lektura Gazety bardzo, ale to bardzo mnie… zdenerwowała/zaniepokoiła. Religia, jako przedmiot nadobowiązkowy, ma zostać wliczany do średniej. Przynajmniej takie są plany i cicha aprobata ministerstwa. Pomijam fakt, że ów przedmiot to nie religia, a religia/etyka. I to na ten drugi człon powinien być kładziony nacisk przy ewentualnym nauczaniu. Czemu ewentualnym? – spytasz się. Odpowiedź jest równie prosta, co logiczna i wynikająca z moich przekonań – nie będę tolerował osoby tak bardzo silnie związanej z kościołem katolickim, która w domyśle ma kształtować mój umysł. Brakuje tu dostępności.

Tak jak w Internecie ludzie starają się tworzyć aplikacje ogólnodostępne, to dlaczego w życiu codziennym, szkolnym ma jej brakować? Odpowiedź jest. Ale czy wolno ją podać? Nie, może nie dziś, nie w takim państwie.

Od jakiegoś czasu zauważam, jak bardzo ludzie nas reprezentujący, którzy w domyśle mają być dla nas, a nie my dla nich, starają się zatrzeć i tak już cienką, i bardzo niewyraźną linię między państwem świeckim, a państwem kościelnym. Ja, jako pełnoprawny obywatel tego państwa – Polski – nie zgadzam się na to. Polska to ojczyzna dla wszystkich ludzi, nie tylko wierzących. Nie tylko udających, że Ten Jedyny jest dla nich ważny.

Najgorzej, jak człowiek stara się być bardziej święty od samego Boga. A to już zakrawa na świętojebliwość.

Po dzisiejszej nocy wiem, że ludzie się rodzą, odchodzą, chorują, robą głupie rzeczy, których potem żałują, albo nie. Źle jest jednak, gdy dowiadujesz się o śmierci osoby, którą znałeś i darzyłeś jakąś tam sympatią. Śmierci przez ciekawość. Głupią, naiwną ciekawość. Zapamiętam…

Czis!

16 stycznia, 2006

Całość tyczy się wpisu Riddla.

  • wizard3k

    Nie liche, nie wiem czemu ale jak na to spojrzałem odrazu skojarzył mi się Jiobel ;).. Niby tylko rok, a prawie w każdym blogroll'u można znaleść sznurek do tego webloga ;).

  • Riddle

    Nu, Jiobel jest moim Photoshop'owym guru i muzą jednocześnie. :-)

Nie powiem, miło mi takie coś przeczytać. Nawet jeśli na końcu zdania jest ;-) czy inna tego typu emotka.

Ostatnio wassago dał mi znać, że ktoś sobie przygarnął moją pracę. Kolejne coś, na co człowiek się pierw złości, a zaraz potem myśli - cholera, to rzeczywiscie musiało się spodobać.

Miło, naprawdę miło. Kurczę, jestem sławny, hehe... ;-)

Dzisiejszy wieczór

14 stycznia, 2006

+na digart.pl

Pokolenie SMS

14 stycznia, 2006

Stoję na przystanku. Często na owym stoję. Rano do szkoły. Potem ze szkoły. Może jeszcze w między czasie do miasta coś załatwić. Miejskie przedsiębiorstwo komunikacji bardzo mi pomaga. Niby prawo jazdy już odebrałem, czyli niejako stałem się legalnym mordercą, ale wątpię, żeby rodzina pożyczała mi samochód na każde moje „proszę”. Chociaż – już wczoraj jechałem pierwszy raz – na niemiecki. Przygoda była, kilka wniosków o jeździe ludzi starszych, ale to nie o tym miało być.

Przystanek to miejsce, gdzie można albo stać, spacerować i oddawać się czynności czekania bez żadnych innych udziwnień, albo stać, spacerować, czekać i obserwować. To ostatnie w tej drugiej sytuacji jest o tyle dobrą czynnością, że człowiek taki jak ja, nie nudzi się wcale. Bo w czasie owych obserwacji czynionych przeze mnie można do bardzo wielu wniosków dojść.

postać 1.

Dziewczyna ubrana raczej modnie, ładnie i schludnie. Żuje gumę. Torba wisi na prawym ramieniu w bardzo luźnej formie. Po prostu sobie wisi. Światło z komórki, którą trzyma w lewej dłoni rozświetla jej twarz. Kciuk wykonuje zgrabne ruchy po klawiaturze jej jakże modnego telefonu. Zapach, który wyczuwalny jest z dość dużej odległości jest przyjemny. Chwilę się zastanawiam nad nazwą perfum, ale dochodzę do wniosku, że takich jeszcze nie znam. Komórka schowana do kieszeni spodni. Chwila przerwy. Dziewczyna stoi bez ruchu wpatrzona przed siebie. Szybko i rytmicznie porusza się żuchwa – guma w ustach. Nagle słychać jakąś melodyjkę. Kojarzy mi się z radia. Aha! Komóreczka dzwoni. Albo sms, albo sygnał. Znów dzięki nikłemu światełku widzę jej twarz schowaną pod kapturem kurtki.

postać 2.

Starszy pan spaceruje w jedną, to w drugą stronę. Elegancja i styl. Ubrany w jasny płaszcz, jasne spodnie w kancik, kapelusik i laskę. W prawej ręce teczka, też jasna, ze skóry. Siwe wąsy pod nosem jeszcze bardziej wytwarzają w mojej głowie obraz arystokraty. Nagle słychać melodyjkę. Spokojną, ale dającą się słyszeć. Starszy pan przystaje na chwilę, sięga wolną ręką do płaszcza i wyciąga malutką komórkę. Srebrna obudowa, duży wyświetlacz, wysuwająca się klawiatura. Marzenie niejednego nastolatka. Mimo wieku zgrabnie ją otwiera jedną ręką, kilka klików i chyba sms odczytany. Znowu kilka szybkich klików i zaczyna się pisanie odpowiedzi. Moje zdziwienie potęguje szybkość wciskanych klawiszy. 160 znaków tak szybko, jak niejeden wprawiony w to młodzieniec. Czynności skończone, komórka schowana, spacer kontynuowany.

postać 3.

Pani w płaszczu. Trochę zaniedbana. Reklamówka w prawej ręce. Kapelusik widać, że już znacznie znoszony. Zmęczenie na twarzy. Krąży od rozkładu jazdy do miejsca gdzie zawraca i znowu z powrotem. Monotonia. Chwilę przystanęła. Wyjęła komórkę z kieszeni płaszcza i powoli, niezgrabnymi ruchami zaczyna wciskać kombinację klawiszy, która zapewne ma odblokować klawiaturę. Kilka klików i zaczyna pisać smsa. Moje wyobrażenie jeśli chodzi o posługiwanie się komórkami przez ludzi starszych sprawdza się w stosunku do pani w średnim wieku. Brak wprawy, nie zapamiętane schematy, nie zrozumienie. Wszystko to sprawia, że będzie owa miała problemy z napisaniem chociaż 80 znaków do czasu przyjazdu autobusu. Ale przecież jej się chyba nigdzie nie spieszy.

postać 4.

Nastolatek. Co i rusz słychać dźwięk odebranego sms, tak dobrze mi znany z poprzedniego telefonu Nokia, jaki posiadałem. Komórka schowana – wyjęta, sms wysłany – odebrany, sygnał puszczony – odpuszczony. Nie rusza się wcale. Wydaje się, że telefon komórkowy to jego całe życie. Nie zwraca uwagi na ludzi, którzy kręcą się wokół niego. Autobusy, przejeżdżają, nie robią na nim żadnego wrażenia. Głowa lekko opuszczona, przygarbiony, komórka na wysokości pasa. Chwila przerwy. Przyjeżdża żółty bus, który jedzie tam, gdzie chłopak miał plany. Wsiada. Już na schodach owego słychać dźwięk odebranego nowego smsa.

Stoję spokojnie obserwując tych wszystkich ludzi. Autobus na moje osiedle przyjedzie za 10 minut. Spokojnie sobie poczekam. Tylko już sam, bo wszyscy pojechali. Nie ma kogo obserwować. Nie ma z czego wyciągać wniosków. No to może napiszę smsa do mojego kochania? Tak, to dobry pomysł.

Wnioski wyciągnij sam.

Czas po sylwestrze, przywitany rok 2006. Czy się cieszę, albo martwię, że poprzedniego nie ma już wśród nas? Odpowiedź nie jest jednoznaczna, jeśli w ogóle jest możliwa do udzielenia.

Nie, nie mam zamiaru pisać podsumowania całego zeszłego roku. Nie mam zamiaru też wspominać. Ani też pisać, co postanawiam na ten właśnie rok. Powiedzmy, że napisałem ładną notkę, przeczytałem kilka razy i… wydała mi się banalna. Banalna w budowie, przekazie i jej cały urok, który próbowałem stworzyć prysł. Jak bańka mydlana. Ale dobrze – przejdźmy do części właściwej, czyli notki tej, którą właśnie czytasz.

Jestem Błażej. Więcej wiedzieć nie musisz drogi czytelniku. Że owym jestem, już od pewnego czasu powinieneś widzieć, jeśli czytasz tego jogga, lub mnie znasz. Mam lat 18, teraz wszedłem w 19. Jestem dziwnym człowiekiem. Zauważam to ja sam, jak także ludzie którzy są wokół mnie. Dziwny? – spytasz się – czy to znaczy, że lepszy? Nie, wcale nie uważam, że dziwny, inny, lub reszta synonimów określa człowieka lepszego od innych. Po prostu inny. Co mam na myśli? A przeczytaj sobie kilkanaście notek wstecz, albo mnie poznaj. Spotkanie zawsze jest możliwe. ;-)

Sylwester? Jedyne co mogę powiedzieć, lub jak kto woli napisać – najlepszy chyba w moim życiu. Bez alkoholu, bez głośnej muzyki, bez tłumu ludzi można spędzić ten czas bardzo, bardzo miło. I jak to się mówi – jaki Sylwester, taki cały rok! Chciałbym. W sumie nawet może być jeszcze lepiej – nie obraziłbym się. :-D

Bez chwili wahania mogę powiedzieć, napisać, zaśpiewać, namalować, wyrecytować, pokazać – Kocham Cię! Wszystkim właśnie chciałem życzyć, żeby spotkali taką osobę, jaką mi się udało. Bo to szczęście jest, wiesz?! ;-)